Suszące się lizbońskie gatki

Widok zza okna mojej pracy jest wyjątkowy, bo zmienny. Praktycznie codziennie inny. W środy rozpościera się czerwień, pod koniec tygodnia – biel, a w poniedziałki jest bardzo kolorowo. Ta różnorodność dotyczy także rodzaju widoku: od spodenek po prześcieradła i skarpetki.

Jak to w Lizbonie bywa, pranie wywiesza się zza okna i zza okna się je zbiera. System jest bardzo prosty, ale każdy obowiązek można sobie urozmaicić. Mieszkańcy mają niewielkie balkony: wąskie i krótkie. Zakłada się więc linki poza nimi, a wywieszone pranie łopocze na wietrze nad głowami przechodniów. Często montuje się także mały mechanizm, pozwalający po pociągnięciu sznura dostać się do jego końca. Zjawisko nie jest typowe tylko dla dzielnic poza centrum miasta, wręcz przeciwnie. Te biedne, ale i najbardziej urokliwe, bo najstarsze, są w sercu Lizbony i tam nad głowami spacerowiczów wiszą i powiewają gatki. Prawdopodobnie ukochani podczas wieczornych randek nigdy nie patrzą w górę.

Zbieranie prania jest sztuką, której nie opanowałam. Istna gimnastyka i sprawność manualna są na najwyższym poziomie. W moim przypadku poziom ten dotyczył patio sąsiada, który wzbogacił się o kilka skarpetek.

Trzeba jednak przyznać, że Lizbończycy są bardzo uczciwi – nigdy nie słyszałam o nagłym zniknięciu suszących się gatków.

%d blogerów lubi to: