Dzień drugi: Przylądek Ciepłych Gaci

Nocne opowieści Lizy o karaluchach w Birmie, poprzedzone dokładnym opisem tłustych larw jedzonych w Korei Południowej nie pozwoliły mi spać długo. Nawet po przebudzeniu wciąż się drapałam. Wyszłam poszukać nie Bears Grilsa (na pewno pamiętacie go z Discovery, jedzącego jeszcze ruszające się stworzonka, zresztą w moim wieku zdobył Mount Everest), a oceanu. Jednak po drodze przypomniałam sobie o bardziej cywilizowanych przysmakach. Ruszyłam do piekarni z myślą o przygotowaniu algarveskiego śniadania. Przywitało mnie dziesięciu mężczyzn (tak, liczyłam), o przepraszam, jedenasty sprzedawał owoce. Wszyscy mierzyli mnie wzrokiem nawet w poprzek. Jedyną kobietą była dość męska sprzedawczyni, pewnie jej głos przystosował się do brzmienia większości. Wybrała dla mnie wszystko, co najlepsze, czyli zwyczajnie po trochu wszystkiego, co sprzedawała. Wzrok mężczyzn odprowadził mnie do warzywniaka i kolejnych kilku powitał. W końcu wychodzący na ulicę mieszkańcy to w większości samce, a marzec jest jeszcze niedźwiedzim snem, więc nikt nie spodziewał się turystów.

Nigdy w życiu nie jadłam słodkiej bułki z pieczonym smalcem. I chyba nie zjadłabym, gdybym wcześniej wiedziała, że brązowe kropki to nie prażone orzechy. Do tego miejscowe chouriço (hiszpańska kiełbasa z wieprzowiny ma wiele odmian w tym portugalską) oraz Evora De L’Alentejo, ten kozi ser, konserwowany w oliwie dojrzewa przez rok, a co najważniejsze wyrabia się go tylko w Alentejo, regionie, do którego pojedziemy na festiwal mięsa.

Tymczasem przed nami Cabo de São Vicente.   I oczywiście nawet mając wyznaczoną trasę, wykonanie kilku kółek wokół ronda okazało się koniecznością. Nawet nie wiem kiedy mój mózg kierowcy zaczął szybciej reagować na niemieckie okrzyki.  Koniec świata. Te dwa słowa rozbrzmiewają w uszach za każdym otwarciem powiek. Jeśli będziesz w Portugalii, koniecznie, nawet idąc tydzień piechotą, musisz pojechać na Przylądek Świętego Wincentego. Jest to najbardziej na południowy zachód wysunięta część Europy, leżąca w prowincji Algarve, 6 km od Sagres. Nazywany przez żeglarzy Przylądkiem Ciepłych Gaci, bo tutaj były już tylko ciepłe prądy. Z lewej strony ocean, z prawej – ocean, a na przeciwko – ocean. Mój duży palec u prawej stopy wychodził już poza Europę. Wiadomo, że dalej jest Afryka, a na prawo Ameryka, ale jedyne co widać w tym momencie to raptowny koniec. Nie ma tam plaż, są ogromne klify. Nie ma łagodnych zejść, ale urwiska. Niesamowitość właśnie wyraża się w jakby zupełnie niespodziewanym końcu. Nie jest to jednak dekadentyzm, wręcz przeciwnie… Malutki przylądek, jedna czerwona latarnia, turyści, małe targowisko z owczymi… skarpetami. Pominęłam jeden malutki szczegół, w końcu zmuszający nas do opuszczenie końca kontynentu i ciepłych gaci, które wcale takimi nie były – wiatr, wietrzysko, wicher, pęd…

Benagil. I wielka dziura, nawet dwie – wioska i jaskinia. Po drodze spotkaliśmy Dutcha. Tym razem nie padło pytanie: gdzie jesteśmy, ale gdzie jest ta wielka kominowa dziura. Pan Dutch malował płot na błękitny kolor. Miał zlewać się z kolorem oceanu, no powiedzmy prawie mu się udało. Jak i pozostali mieszkańcy okolicznych terenów zdziwił się na nasz widok, podobnie do nich nie miał w otoczeniu kobiety, i tak jak reszta był bardzo serdeczny. Już wiedzieliśmy, że dopiero wrócił z Maroka, każdą zimę spędza na Południu Portugalii i cieszy się, że wciąż może podróżować tylko z plecakiem na ramionach. Miałam ochotę popłynąć kolorową łódką do tego wielkiego niby wulkanicznego wnętrza, ale nawet nie ośmieliłam się zapytać w szeregu stojących, pijących kolejną kawę rybaków. Fale liczyły metr, czasami może i więcej, co najwyżej więc mogłam popłynąć wpław. Mogłam, ale kto mógł przewidzieć, gdzie wyląduję?

Portimao. Będąc na Południu każdy musi odwiedzić małe miasteczko. Mieliśmy szczęście być tam jeszcze przed zatłoczonym turystycznym okresem. Sama wioska wygląda tak, jak większość portowych, południowych przystani – uroczo. Zjawiskowe są przepiękne, klifowe wybrzeże usiane skałkami i grotami. Cud miód! Miłośnikom żagli znane z World Match Racing Tour, nam tego dnia z pikniku nad jaskinią. Wyjeżdżamy. Znowu rondo, tym razem glosy były podzielone, trzy okrążenia, tabliczka Silves i trafione niezatopione, bo nieportowe miasteczko.  W średniowieczu przez krótki czas było nawet stolicą Portugalii, chyba bardzo krótki, bo raczej nie jest to perła, w odkryciu której przemierza się pół kraju. Mauretańskie uliczki i wielokulturowe zabytki: arabski zamek, gotycka katedra swoją drogą powstała w miejscu dawnego meczetu, zabytkowy Krzyż Portugalii z XVI wieku. Dla mnie najciekawsze  były rzędowo rosnące drzewa pomarańczowe i cytrynowe, a może bardziej to, co z tych owoców robią Południowcy. Przepyszna mieszanka: w kwadraturze koła upieczony chleb, lokalny kozio-krowi ser i wyciągnięte z piwnicy słoiki marmolady z rosnących nieopodal grejpfrutów. To mój smak Południa!

Pytanie drugiego dnia to: co jest typową potrawą regionu Algarve?

Ze względu na poziom trudności, a raczej łatwości 😉 portugalski koguci obrusik poleci do wylosowanego zwycięzcy.

%d blogerów lubi to: