Tajemniczy czerwony dywan

Zawzięta maniaczka filmów spotkała się ze znawcą ich tworzenia. Jakież inne ścieżki można pokonywać niż te obok, za i w kinie? Niby zwykły spacer, a nie może się obyć bez filmowych aluzji. Idąc jedną z głównych lizbońskich ulic, zaraz naprzeciwko „nastej” rzeźby nagiej kobiety, zauważyłyśmy muzeum kinematografii, a tuż za nim bajeczne kino.

– Wchodzimy?

– Nawet nie pytaj dwa razy – odpowiedziałam.

Jedynym mankamentem był brak widocznej informacji o projekcji. I dla mnie istotnej – czy będzie ona w oryginalnym języku (czyt. zrozumiałym). Weszłyśmy rozległymi, drewnianymi schodami i zatrzymałyśmy się przed czerwonym dywanem, prowadzącym do okazałej sali. Uśmiechamy się przez szybę, a tam, w kasie, przystojny gentleman informuje o wszystkim doskonałą angielszczyzną. Wydawało się, że rozumiem, co mówi, a jednak wciąż nie wiedziałam o czym mówi, a może raczej nie dowierzałam. Agatha zaczyna mówić po portugalsku, ale po iberystycznych zajęć niezamierzenie wplątuje hiszpańskie słowa, na co Pan reaguje natychmiastowo – po hiszpańsku. Taki poliglota wszystko nam wyjaśni! Zaczęło się od ceny biletu, a skończyło… zdumieniem.

– Dzisiejszy spektakl jest tajemnicą – powiedział. –  Dokładnie to premiera.

– I nie wiadomo, o czym będzie to film? Chociaż, czy komedia lub dramat? – pełna zaskoczenia pytałam.

– Nie, to jest niespodzianka – utwierdził nas, pokazując większość swoich zębów.

 To ostatnie słowo odmienił nie tylko na hiszpański i angielski, ale oprócz francuskiego wydaje mi się, że usłyszałam niemiecki. Chciał być pewien, że zrozumiałyśmy. Właśnie z powodu niepełnego zrozumienia kupiłam bilet, a tak naprawdę monstrualnej ciekawości.

– Gratuluję. Zapraszam na 19.00 będą artyści, czerwony dywan i wino.

Oby był film!

Reklamy
%d blogerów lubi to: