Smak mojego życia na południu Portugalii

Już po raz drugi próbuję pisać na temat portugalskiej kuchni. I wciąż rozdrabniam na kawałki to główne danie, ale to dlatego, że jest przyrządzone z wielu składników. Jedzenie zarówno jako rzeczownik, jak i czasownik jest szalenie ważne w kraju na skraju Europy.

Ostatnia wycieczka na Południe wzbudziła we mnie wiele emocji, a także poruszyła kupki smakowe. Odwiedziliśmy przy okazji festiwal mięsa w Alentejo, regionie, gdzie ryby nie są pierwszą pozycją w menu. Sam festiwal wyglądał trochę jak polskie wakacyjne, jarmarczne festyny, z tą różnicą, że na każdym stoisku nieustannie dumny gospodarz kroił swoje specjały, nigdy nie mogąc skończyć opowieści, gdzie, i w jaki sposób przygotowuje mięsiwo, a i wciąż namawiał do jego kosztowania. Próbowanie podczas takich wydarzeń jest obowiązkowe. Różne rodzaje mięsa, wiszące nogi i gulasze z uszu czworonogów za bardzo mnie nie przekonywały, co innego regionalne sery, o których za chwilę.

Nigdy nie zapomnę mojego ulubionego portugalskiego śniadania, jedzonego na południu kraju. Siedziałam na werandzie na drewnianym krześle z okrągłym oparciem, nogi były pomalowane na niebieski kolor, siedzenie natomiast na czerwony. Miałam jeszcze mokre włosy, ale zapach kawy był wyjątkowo silny, może dlatego, że gospodarz otworzył okna, także te od kuchni. Pośpiesznie więc przeniosłam się do jadalni zwanej sala. Dostaliśmy wielkie pajdy chleba, mleko, owoce, kolorowe konfitury, lokalną kiełbaskę i… sery. Najpierw jednak łyżeczka powędrowała do słoika z domową, pomarańczową konfiturą. Nigdy w życiu, a jeśli to możliwe, także poza nim, nie jadłam tak pysznej konfitury. Banalnym jest powodzenie: rozpływała się w ustach, bo już gdy wynurzałam ową łyżkę – powidła były płynne. Kawałki skórki pławiły się w tej pomarańczowej rozkoszy, jak i mój język. Mogłabym się wykąpać w tej konfiturze. Najpopularniejszym przetworem owocowym jest jednak dżem z marchewki. Unia Europejska z tego względu musiała uznać marchew za owoc. Brawo dla Portugalii! Tylko dodam, że mają także dżem ze słodkich pomidorów.

Nie byłam na tyle silna, by siedzieć wewnątrz budynku, postanowiłam przeprowadzić się z powrotem na werandę, tylko tym razem z całym zapleczem i moimi przyjaciółmi. W mig wszystko przenieśliśmy, a ja w słońcu, z widokiem na cytrynowo-pomarańczowy sad, mogłam i rozkoszowałam się ciepłym chlebem, queijo de serra, a na nim grejpfrutową konfiturą. Czas wtedy przestał płynąć, tak jak i teraz, gdy wspominam najsmaczniejsze śniadanie mojego życia.

Jadąc do Portugalii nigdy nie myślałam, że to kraj serem i jajkami płynący. A to dlatego, że nie ma tu wielkich fabryk i mleczarń, sery wyrabia się tradycyjnymi metodami, z dala od przetwórń, sam biznes traktowany jest raczej jako rodzinny obyczaj niż interes. Familijne zakłady produkują na małą skalę, ale wcale to nie oznacza, że sery nie są popularne. Widok (przynajmniej jednego) kieliszka wina i duża porcja sera ułożona na drewnianej desce, z której każdy kroi sam, to nienadzwyczajny widok, szczególnie w Alentejo i Algarve.

Gueijo de serra (ser z gór), nazywane tak ze względu  na miejsce występowania, powstają z mleka koziego i owczego. I to właśnie jest mój typ kuchni portugalskiej! Król wśród tych żółtawych przysmaków to ser owczy Serra da Estrela, robiony ręcznie według rygorystycznych zasad, powstaje od listopada do marca. Ma twardą skórkę i mięciutkie wnętrze, trochę słodkawy posmak. Powstaje on w trzech etapach, a wykorzystuje się mleko owiec wyłącznie rasy Bordaleira. W pierwszym stadium dodaje się sól i proszek ze zmielonych kwiatów kardu. Drugi etap to ser amanteigado, czyli maślany. Aby uzyskał on odpowiednią konsystencję musi leżeć miesiąc w niskiej temperaturze. Taki ser je się łyżeczką, ale ja wolę czekać kolejne 120 dni, by powstał ser curado, czyli dojrzały. Bułeczkowy chleb z przydrożnej piekarni, ON, kierunek ocean i nie potrzebuję niczego więcej. Chyba, że po drodze spotkam kolejne serowe przysmaki. Chociażby, takie jak Queijo de Évora – mieszanka koziego i owczego mleka z mojego smakowo ulubionego regionu – Alentejo. W serze Terrincho z Bragancy wyczuwa się słodko-gorzkawy posmak, a nawet orzechowy. Jednak rozszerzają mi się źrenice, krew szybciej płynnie, a usta się otwierają, gdy widzę i czuję ser z São Jorge wyrabiany na Azorach. Kiedy dojrzewa – twardnieje i schnie. Jego początki sięgają oceanicznych przygód, i wciąż jest najlepszym prowiantem dla żeglarzy. Trudno mi stwierdzić, czy to jego smak, czy żeglarskie historie dają mu pełną dziesiątkę. A na deser? Biały, miękki ser requeijao, z wyglądu zupełnie jak polski twarożek, w smaku już niekoniecznie. Portugalczycy jedzą ten rodzaj sera jako podstawę, bądź dodatek deserów, zawsze na słodko. Bica jest najbardziej rozpoznawanym portugalskim słowem (nazwa czarnej kawy podawanej w najmniejszej filiżance), ale jest też wydanie o wiele jaśniejsze – serowe. Jak większość portugalskich serów i ten jest słonawy. Czy producenci dodają tony soli, by zabić smak? Zgrzeszyłam o tym myśląc, a co dopiero pisząc. Mleko, z którego wyrabia się sery pochodzi od zwierząt, które pasą się w nadmorskich regionach. Pastwiska na Południu wcale nie w oddali mają cudowne oceaniczne pejzaże. Bica jednak to trójskładnikowy ser, znajdziemy tam mleko z kozy, owcy i krowy. Nie jest tak bardzo popularny, jak sery które opisywałam powyżej, ale wystarczy plasterek, by rozpoznać jego smak.

Festiwal mięsa uważam za udany i trafiony, jako, że spróbowałam tuzin serów, a wyszłam z kolejnym.

Dzień drugi: Przylądek Ciepłych Gaci

Nocne opowieści Lizy o karaluchach w Birmie, poprzedzone dokładnym opisem tłustych larw jedzonych w Korei Południowej nie pozwoliły mi spać długo. Nawet po przebudzeniu wciąż się drapałam. Wyszłam poszukać nie Bears Grilsa (na pewno pamiętacie go z Discovery, jedzącego jeszcze ruszające się stworzonka, zresztą w moim wieku zdobył Mount Everest), a oceanu. Jednak po drodze przypomniałam sobie o bardziej cywilizowanych przysmakach. Ruszyłam do piekarni z myślą o przygotowaniu algarveskiego śniadania. Przywitało mnie dziesięciu mężczyzn (tak, liczyłam), o przepraszam, jedenasty sprzedawał owoce. Wszyscy mierzyli mnie wzrokiem nawet w poprzek. Jedyną kobietą była dość męska sprzedawczyni, pewnie jej głos przystosował się do brzmienia większości. Wybrała dla mnie wszystko, co najlepsze, czyli zwyczajnie po trochu wszystkiego, co sprzedawała. Wzrok mężczyzn odprowadził mnie do warzywniaka i kolejnych kilku powitał. W końcu wychodzący na ulicę mieszkańcy to w większości samce, a marzec jest jeszcze niedźwiedzim snem, więc nikt nie spodziewał się turystów.

Nigdy w życiu nie jadłam słodkiej bułki z pieczonym smalcem. I chyba nie zjadłabym, gdybym wcześniej wiedziała, że brązowe kropki to nie prażone orzechy. Do tego miejscowe chouriço (hiszpańska kiełbasa z wieprzowiny ma wiele odmian w tym portugalską) oraz Evora De L’Alentejo, ten kozi ser, konserwowany w oliwie dojrzewa przez rok, a co najważniejsze wyrabia się go tylko w Alentejo, regionie, do którego pojedziemy na festiwal mięsa.

Tymczasem przed nami Cabo de São Vicente.   I oczywiście nawet mając wyznaczoną trasę, wykonanie kilku kółek wokół ronda okazało się koniecznością. Nawet nie wiem kiedy mój mózg kierowcy zaczął szybciej reagować na niemieckie okrzyki.  Koniec świata. Te dwa słowa rozbrzmiewają w uszach za każdym otwarciem powiek. Jeśli będziesz w Portugalii, koniecznie, nawet idąc tydzień piechotą, musisz pojechać na Przylądek Świętego Wincentego. Jest to najbardziej na południowy zachód wysunięta część Europy, leżąca w prowincji Algarve, 6 km od Sagres. Nazywany przez żeglarzy Przylądkiem Ciepłych Gaci, bo tutaj były już tylko ciepłe prądy. Z lewej strony ocean, z prawej – ocean, a na przeciwko – ocean. Mój duży palec u prawej stopy wychodził już poza Europę. Wiadomo, że dalej jest Afryka, a na prawo Ameryka, ale jedyne co widać w tym momencie to raptowny koniec. Nie ma tam plaż, są ogromne klify. Nie ma łagodnych zejść, ale urwiska. Niesamowitość właśnie wyraża się w jakby zupełnie niespodziewanym końcu. Nie jest to jednak dekadentyzm, wręcz przeciwnie… Malutki przylądek, jedna czerwona latarnia, turyści, małe targowisko z owczymi… skarpetami. Pominęłam jeden malutki szczegół, w końcu zmuszający nas do opuszczenie końca kontynentu i ciepłych gaci, które wcale takimi nie były – wiatr, wietrzysko, wicher, pęd…

Benagil. I wielka dziura, nawet dwie – wioska i jaskinia. Po drodze spotkaliśmy Dutcha. Tym razem nie padło pytanie: gdzie jesteśmy, ale gdzie jest ta wielka kominowa dziura. Pan Dutch malował płot na błękitny kolor. Miał zlewać się z kolorem oceanu, no powiedzmy prawie mu się udało. Jak i pozostali mieszkańcy okolicznych terenów zdziwił się na nasz widok, podobnie do nich nie miał w otoczeniu kobiety, i tak jak reszta był bardzo serdeczny. Już wiedzieliśmy, że dopiero wrócił z Maroka, każdą zimę spędza na Południu Portugalii i cieszy się, że wciąż może podróżować tylko z plecakiem na ramionach. Miałam ochotę popłynąć kolorową łódką do tego wielkiego niby wulkanicznego wnętrza, ale nawet nie ośmieliłam się zapytać w szeregu stojących, pijących kolejną kawę rybaków. Fale liczyły metr, czasami może i więcej, co najwyżej więc mogłam popłynąć wpław. Mogłam, ale kto mógł przewidzieć, gdzie wyląduję?

Portimao. Będąc na Południu każdy musi odwiedzić małe miasteczko. Mieliśmy szczęście być tam jeszcze przed zatłoczonym turystycznym okresem. Sama wioska wygląda tak, jak większość portowych, południowych przystani – uroczo. Zjawiskowe są przepiękne, klifowe wybrzeże usiane skałkami i grotami. Cud miód! Miłośnikom żagli znane z World Match Racing Tour, nam tego dnia z pikniku nad jaskinią. Wyjeżdżamy. Znowu rondo, tym razem glosy były podzielone, trzy okrążenia, tabliczka Silves i trafione niezatopione, bo nieportowe miasteczko.  W średniowieczu przez krótki czas było nawet stolicą Portugalii, chyba bardzo krótki, bo raczej nie jest to perła, w odkryciu której przemierza się pół kraju. Mauretańskie uliczki i wielokulturowe zabytki: arabski zamek, gotycka katedra swoją drogą powstała w miejscu dawnego meczetu, zabytkowy Krzyż Portugalii z XVI wieku. Dla mnie najciekawsze  były rzędowo rosnące drzewa pomarańczowe i cytrynowe, a może bardziej to, co z tych owoców robią Południowcy. Przepyszna mieszanka: w kwadraturze koła upieczony chleb, lokalny kozio-krowi ser i wyciągnięte z piwnicy słoiki marmolady z rosnących nieopodal grejpfrutów. To mój smak Południa!

Pytanie drugiego dnia to: co jest typową potrawą regionu Algarve?

Ze względu na poziom trudności, a raczej łatwości 😉 portugalski koguci obrusik poleci do wylosowanego zwycięzcy.

Zdobywam Południe! A wy – NAGRODY

Ostrygi, ohydne mięśniaki, niezawodne Porto, taka sobie muzyka i fantastyczne towarzystwo. Z tej mieszanki mogą wyjść dość oryginalne przysmaki. A jeszcze bardziej (o ile to możliwe) – pomysły.

Czytając jedyną anglojęzyczną portugalską gazetę, uprzednio „pożyczając” ją z rąk Irlandczyka, zaczęłam żartować nad dość długim artykułem zapowiadającym festiwal mięsa w Algarve. Przed oczami miałam lokalnych mieszkańców ubranych w kraciaste koszule, jeansy, i noszących kowbojskie buty, o bykach już nie wspomnę. Co raz musiałam sobie przypominać, że to nie Arizona i choć mięsa w brut, to z butami z ostrogami może być problem.

Czyli mięso, siano i mięso? – zapytała Nikola

Czyli blisko 300 km i dziwna muzyka? – dodał Michael

Czyli kraciaste koszule, i cudne plaże nieopodal – podsumowałam.

Zdobywamy Południe! Jednak wcześniej Lisa zdobyła randkę, Nikola zdobyła Sewillę, Sarah swój opóźniony bagaż, a ja? To mnie zdobyto, a ściśle ujmując  – moje. Dokładniej? Dokumenty. Nasz mięsny festiwal zawisł na włosku. Jakkolwiek osamotnione plaże o tej porze roku przyciągały nas niczym magnez. Jedynym dokumentem, który posiadałam było prawo jazdy. Lisa zdobyła samochód w jeden dzień, w drugim mogliśmy zacząć swoją podróżniczą wojnę secesyjną. I rozpoczęliśmy, uprzednio wskakując (prawie dosłownie) do polskiej ambasady.

DZIEŃ PIERWSZY

Jaki jest pierwszy cel? – powitała nas Nikola

Zorientujemy się po drodze, na razie przed nami most i statua Jezusa, czyli opuszczamy miasto.

Otwieramy nasz bagażnik 1×0,5 m i po kolei: mapa (wciąż trochę staroświecki, choć uroczy sposób zwiedzania), jedzenie, woda, plecaki, a dopiero na końcu… namiot.

Te koce się nie zmieszczą, a na jednych już siedzimy – zauważyła Lisa.

Mam sześć par skarpetek, dwie czapki, poza tym namiot i tak jest za mały dla nas wszystkich, więc myślisz, że będzie nam zimno? – zapytałam.

Wyruszamy. Już tuż za Lizboną zatrzymuje nas policja. Szybkie spojrzenie na licznik, szeroki uśmiech i… otwieramy szybę. Pan Władza salutuje (ktoś ma jakieś tajemnice?) i nie wiem dlaczego od razu zaczęłam odpowiadać niczym w wojsku. Policjant nawet zaczyna się uśmiechać (w końcu siedzą cztery dziewczyny, a jedyny chłopak śpi i jest niewidoczny), pyta o dokumenty… słoweńskie. Tablice są ze Słowenii, jak i sam samochód, co też przykuło jego uwagę. Ale zdziwienie było jeszcze większe. Bierze do ręki włoskie prawo jazdy, słyszy z tyłu niemiecki język, a z kierowcą rozmawia po angielsku. Skonfundowany tylko pyta: czy więcej narodowości tutaj nie mogło być?

Pozdrawiam Pana Władzę z Polski – odpowiadam.

Biedny, zdezorientowany znowu salutuje, lecz tak jakby z mniejszą werwą. A może tylko pomachał na pożegnanie?

W końcu jakiś cel – Sines. Po drodze podejmowaliśmy decyzję o kierunku jazdy wtedy, gdy pojawiały się przed nami tabliczki z informacją, a że zazwyczaj wynurzały się tuż przed rondem, a tam nie można ot tak stanąć, musieliśmy je okrążać, by zdecydować oczywiście. Trudniejsza decyzja – 5 kółek na rondzie, olśnienie – raptem 3. Po pewnym czasie stało się to naszą tradycją. Zeszliśmy nawet do dwóch rundek, co jak na razie stało się rekordem. Egzaminowaliśmy też Portugalczyków, zaczynając od jakże ważnego pytania: może nam Pan powiedzieć, gdzie jesteśmy.

W Aljezur mieliśmy zjeść najlepszą kolację Południa. Przynajmniej takie wytyczne dostaliśmy od znajomych, kiedy po drodze robiliśmy telefoniczny research. Knajpka ma swój odpoczynek – odpowiada zaczepiona na ulicy mieszkanka, dziwiąc się, że o tej porze roku przyjeżdżamy do miejsca, gdzie niczego nie ma.

A ocean? – pytam

Ocean jest zawsze, ale też wzdłuż całego kraju.

Cofnęliśmy się trochę, zaparkowaliśmy nasz malutki, rozepchany do granic możliwości pożyczony samochód i wyszliśmy na łowy w małej „śpiewającej wiosce”. Mówi się, ze mieszkańcy Algavre nie potrafią się inaczej porozumiewać jak poprzez śpiew. A wszystko to przyczyna dialektu.  Z naszą znajomością portugalskiego –  każda dłuższa wypowiedź jest osobnym dialektem. Ryby i rybo-podobne stwory były całkiem smaczne, skorupiaki – rozbrojone, wino – opróżnione.  Właśnie w tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że spanie w namiocie podczas upiornego wiatru i zanoszącej się ostrej burzy nie jest najlepszym pomysłem. Ja wciąż chciałam sprawdzić, czy opisane przez producenta granice wytrzymałości czerwonego materiału naszego domku są prawdą nie tylko na papierze. Demokracja jednak nie szanuje głosów mniejszości. Może to i lepiej… Czas spać. Pytamy o nocleg, gospodarza, który wciąż dolewa wino. To chyba nie jest najlepsza oznaka bezpiecznego snu, ale przynajmniej znamy jego imię. Na ulicy wystarczy krzyknąć Joao, czy Miguel i 50% przechodniów się obróci. Zaproponował pokój u znajomej znajomej znajomej, na przeciwko stacji benzynowej. Zamiast przy oceanie? Nie. To była najszybsza decyzja tego dnia. Otworzyłam swoją złotą książeczkę o tytule Portugalia, rozdział zakwaterowanie. Po szeregu miejsc w nawiasie ze słowami: basen, piękny widok, śniadanie znalazłam ciepłe przymiotniki opisujące Casa la Maria i do tego numer telefonu. Jest 20.30, dzwonimy.

Ale dzisiaj? – dosłownie wrzasnęła pani la Maria

Tak. – odpowiadam.

Naprawdę dzisiaj?

Tak.

Jesteście teraz w Aljezur, i chcecie dzisiaj przenocować?

Tak.

A możecie potwierdzić, ze dzisiaj?

Tak, już do Pani jedziemy.

Portugalsko-angielsko-coś tam rozmowa skończyła się sukcesem. Pani La Maria, która okazała się Fernandą czekała na nas stojąc na ulicy, tak jak mówiła – ubrana w żółtą kurtkę. A oprócz niej tak jakby pół wsi, nie wstydząc się palcem pokazywać na dziwaków. Zadowolona pani Fernadna vel la Maria , choć o wiele bardziej zdziwiona naszym przybyciem i znajomością jej numeru telefonu, zebrała skromną sumkę, a w zamian dała nam kilogram soli i karty do gry.

ZAGADKA PIERWSZEGO DNIA

Dlaczego dano nam sól i karty?

Odpowiedzi w postach. A w nagrodzie Toalha de cozinha z przynoszącym szczęście portugalskim kogutem.

Rozwiązanie: 28.03

%d blogerów lubi to: