Piesi przodem

Skoro jeździłam prawie po całej Portugalii i wszystkimi dozwolonymi środkami transportu po lizbońskich drogach, może oprócz hulajnogi, czuję się nawet w obowiązku podzielenia się moimi obserwacjami, także z pieszymi. Jezdnie, jakie są każdy widzi, a jak niedowidzi do poczuje.

Ledwie wyjeżdżając z Lizbony można odczuć powiew Unii Europejskiej, a dokładnie jej pieniędzy. Sieć autostrad jest rozłożona na cały kraj i mimo, iż są płatne (więcej tu), łatwo i szybko można dojechać dosłownie na koniec Europy. Szczęśliwcy. A skoro już ktoś wybiera się w samochodową podróż, koniecznie musi przejechać mostem Vasco da Gama Na północ od Lizbony, biały, najdłuższy w most w Europie, którego długość wynosi 16 km, spina brzegi Tagu. Ja wolę krótszy, ale o wiele bardziej urokliwy – most 25 de Abril. Nawet, jeśli ktoś zwyczajnie nie lubi ogromnych kładek, może przedostać się na drugi brzeg tylko: wpław, łódką lub promem.  Mnie radowały podróże samochodem drogą z dala od głównych tras. Co prawda, gubiliśmy się permanentnie, ale to zasługa braku nawigacji oraz darmowej mapy – w najważniejszych miejscach były reklamy. Spontaniczne decyzje i jedna zasada: jechać jak najbliżej wybrzeża. Małe, przybrzeżne trasy, wcale nie zawstydzające Portugalii, a prowadzą przez malownicze wioski i porty.

W samej stolicy nie jest już tak klarownie, ale za to absurdalnie. Portugalczycy jeżdżą jak szaleńcy. Przyjęło się, że wariację określają zawrotne prędkości.  Nie tutaj.Ta samochodowa frenezja to istny majstersztyk. Wjazdy w niemożliwie małe przestrzenie, próby skręcania w miejscu, podejście „przecież zdążę” i najważniejsze – zatrzymywanie się jak najbliżej celu, i w ogóle raptowne zatrzymywanie się. Kiedyś widziałam, jak Portugalczyk wykonywał piruety swoim samochodem, bo za wszelką cenę musiał zaparkować bagażnikiem w stronę sklepowych drzwi, po czym kupił chleb i dwa pomidory. Myślę, że nawet nie wiedzą, w którym miejscu włącza się światła (choć w kraju słońca można im to wybaczyć), a na pewno z wielką radością zamieniliby kierunkowskazy na uchwyty do kawy. Pasy poziome zazwyczaj są dekoracją, a zebra to miejsce parkowania. Lubują się w rondach, sama zaczęłam darzyć je wielkim uczuciem, kiedy robiliśmy kółka, by móc zdecydować o kierunku wyprawy. Za to są mistrzami parkowania na szczytach oraz sprawnej jazdy w niezrównanie wąskich uliczkach. Każdą wolną przestrzeń potrafią wykorzystać, by w niej zostawić swój czterokołowiec. Wszystkie portugalskie miasta są dość gęsto zabudowane, ogromna liczba ulic i uliczek jest jednokierunkowa, co skutecznie utrudnia poruszanie się samochodem  po mieście. Oni nieźle sobie z tym radzą. Obecne są też korki, bo Portugalczycy nawet małe odległości pokonują własnymi autami, choć wielu z nich zostawia swoje pojazdy, by przesiąść się do metra. Używają klaksonów tylko, gdy czekają w sznurze samochodów, tak jakby akurat wtedy miało to sens…

Jednak kierowcy szanują pieszych, nawet więcej – uważają ich za uprzywilejowanych uczestników ruchu. Zwyczajnie mają status świętych krów. Czerwone dotyczy kierowców, a stojący i czekający na zmianę światła przechodzeń to na pewno turysta. Portugalczyk patrzy na samochody, nie na sygnalizację. Przechodziłam przez przejście z policjantami właśnie na czerwonym świetle, za to mandaty nie istnieją. Portugalscy kierowcy z reguły ustępują pierwszeństwa pieszym, nie tylko młodym blondynkom,  ale też tym, dla których zebra to tylko zwierze.

Śmiesznym zachowaniem są kolejki. Długie sznury pojedynczo stojących ludzi to nie ogonek za darmowymi posiłkami, czy szczęśliwymi kuponami (Portugalczycy uwielbiają zdrapki, losy i zakłady). To kolejka do autobusu. Akurat w tej kwestii musi być porządek, więc jeden za drugim stoi i czeka. Na krawężniku, wzdłuż budynków, oparty o kolegę – czeka. Niedługo, bo zazwyczaj przyjeżdżają na czas, ale potem ludzie po kolei wchodzą i mimo trojga drzwi, wejściowe są tylko jedne. Jest jeszcze niezawodne, lizbońskie metro – szybkie i sprawne. Cztery linie, nazwane kolejno kolorami: verde, amarela, vermelha, azul. Artyści też potrafili zadbać o podziemnych podróżników – na ścianach malowidła, cytaty Pesoa i rzeźby.

W pociągu do Setubalu (na południe od Lizbony) turyści mają szansę oszukać system, nie żebym do tego zachęcała, ale lepiej nie starać się kupować biletu po angielsku. Zanim wejdzie się do dwupiętrowego pociągu trzeba przyłożyć bilet do czytnika, łatwo ominąć ten punkt, bo nie ma bramek. A potem tylko nadzieja, żeby nie było konduktora, a jak już się pojawi, to aby uwierzył w nieporadność obcokrajowców. To, co zostaje na bilecie można wykorzystać, choćby w drodze powrotnej. I tak 4 euro w kieszeni, które można wydać na przejażdżki do najstarszej lizbońskiej dzielnicy – Alfamy – żółtym tramwajem.

Reklamy
Poprzedni wpis
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: