Suszące się lizbońskie gatki

Widok zza okna mojej pracy jest wyjątkowy, bo zmienny. Praktycznie codziennie inny. W środy rozpościera się czerwień, pod koniec tygodnia – biel, a w poniedziałki jest bardzo kolorowo. Ta różnorodność dotyczy także rodzaju widoku: od spodenek po prześcieradła i skarpetki.

Jak to w Lizbonie bywa, pranie wywiesza się zza okna i zza okna się je zbiera. System jest bardzo prosty, ale każdy obowiązek można sobie urozmaicić. Mieszkańcy mają niewielkie balkony: wąskie i krótkie. Zakłada się więc linki poza nimi, a wywieszone pranie łopocze na wietrze nad głowami przechodniów. Często montuje się także mały mechanizm, pozwalający po pociągnięciu sznura dostać się do jego końca. Zjawisko nie jest typowe tylko dla dzielnic poza centrum miasta, wręcz przeciwnie. Te biedne, ale i najbardziej urokliwe, bo najstarsze, są w sercu Lizbony i tam nad głowami spacerowiczów wiszą i powiewają gatki. Prawdopodobnie ukochani podczas wieczornych randek nigdy nie patrzą w górę.

Zbieranie prania jest sztuką, której nie opanowałam. Istna gimnastyka i sprawność manualna są na najwyższym poziomie. W moim przypadku poziom ten dotyczył patio sąsiada, który wzbogacił się o kilka skarpetek.

Trzeba jednak przyznać, że Lizbończycy są bardzo uczciwi – nigdy nie słyszałam o nagłym zniknięciu suszących się gatków.

Reklamy

Za macane płaci macant

Portugalski kryzys może zmieść z rynku praktycznie wszystkich graczy, ale nigdy właścicieli restauracji. Ten kulinarny biznes miewa się całkiem nieźle i to wcale nie z powodu turystycznej ciekawości. Przyczyną nie jest ani południowa siesta w formie jedzenie w knajpkach łokieć w łokieć, ani portugalska świętość pory strawy. A nawet nawoływacze-specjaliści od menu. To wszystko nie wynosi portugalskich restauracji na ekonomiczny szczyt. Sprawa jest iście marketingowa. A subtelnie pozdrawiając moich profesorów, powiem: jest to wręcz kwestia wizualności przekazu komunikacji interpersonalnej. Jedna zasada – wiele monet: trzeba pokazać wszystko, co restauracja posiada. Najlepiej, gdy jest małe, niewinne, wprost lekkie, a przepyszne. Nie od dziś wiadomo, że najpierw jemy wzrokiem, a w oczekiwaniu czas wydłuża się niczym nanoguma.

Zasiadłam przy kratowanym portugalskim obrusie i dostawszy menu zamówiłam przysmak Setubalu. Pozostało czekanie na przypłynięcie ryby. Zanim zaczęłam rozmawiać z towarzyszką całodniowej ucieczki z pracy, rozpoczęło się przedstawienie. Swoją drogą moje próby wymknięcia się z pracy często kończyły się wręcz katastroficznie. „Luis Young Spice”, jak nazywałam swojego szefa, zawsze potrafił wyczuć, kiedy nielegalnie wychodzę z firmy. Dobrze, że poczta była niedaleko, a on wierzył w niezwykłe pączkowanie mojej rodziny i ogromną tęsknotę wypisaną w listach. Choć dwukrotne zatrzymanie się windy, wciąż jest dla mnie dziwaczne.

Tym razem to kelnerka tanecznym obrotem w prawej ręce trzymając oliwki (azeitonas) w czosnku podaje ciepły chleb i pasztet z sardynek. Po chwili, na stole z gracją loduje jeszcze coś kolorowego, ser (queijo) i sosy.  Pierwsza myśl? Dość oczywista – cóż za gościnni ludzie. Druga? Co najpierw zjem. Trzecia? Ten widelec jest całkiem ciężki.  Dopiero potem, jakby z oddali, doleciały do mnie słowa: jak dotkniesz to płacisz.

Kelnerzy nie muszą nawet zachęcać. Wystarczy ze pachnący chleb i błyszczące oliwki leżą tuż przed twoim nosem, na wyciągniecie reki, podczas gdy ty – głodny czekasz na swoje smaczne danie. I tak jedząc przystawki rachunek nieoczekiwanie się potęguje. Nawet świadomość gdzieś tam grillowanych świeżych sardynek z ziemniaczkami nie umniejszy mocy zapachowi i widokowi tych drobnostek, które tylko czekają aż się je pomaca.
Niewielki wkład, a wielkie korzyści.

Nie tylko na „polski sposób”

Okres przedświąteczny i poświąteczny (szczególnie) to odwieczny problem zmieszczenia ważnych kilogramów w walizce. Odwiedzamy rodziny, krainy, świętujemy i… latamy. Jak zmieścić wszystko, co najważniejsze tak, by ważyło mniej niż 23 kilogramy oraz było małe, niepłynne i niedługie w podręcznym bagażu. Mierzyłam, ważyłam i siadałam na walizkę wielokrotnie, w końcu zmobilizowałam wszystkich współlokatorów. A zatem, każdy musiał odtajnić swoją rzeczywistą wagę, aby potem zrobić to samo z walizką w dłoniach. Za każdym razem wynik był inny, więc po kolejce zjadaliśmy to, co miałam zabrać dla rodziny i znajomych. I tak zamiast z czterech regionalnych, portugalskich serów zrobiły się dwa. Kiełbaska do koszyczka zmniejszyła się również o połowę, a w ramach cichego apelu białych bluzek – skonsumowaliśmy czerwone Porto. W końcu z walizki ubywało,  a przybywało w biodrach. Skończyliśmy zacną misję, licząc na cud (który o dziwo się zdarzył) i sklepy duty free.

Inaczej poradził sobie miłośnik nurkowania. Pani, lubująca się w ważeniu każdego grama i dokładnym mierzeniu bagażów nie pozwoliła mu przejść z plecakiem, z którego wystawały… płetwy. Długo nie myśląc założył je na stopy (i skarpetki). A ona zamiast pogratulować pomysłowości, zezłościła się i odwróciła na pięcie. Turysta natomiast w dość oryginalnym obuwiu i prawdopodobnie szalenie wygodnym pomaszerował dalej.

Chodzą słuchy na lizbońskich ulicach o Polce, która bardzo chciała zawieźć swojemu portugalskiemu chłopakowi narodowe przysmaki. Pewnie też długo się nie zastanawiała, bo niektóre mięsidła włożyła do kieszonek, a że nadmiernie oszczędzała na miejscu w walizce to założyła dwie kurtki. Zawsze o dwie kieszonki i parę rękawów więcej na krakowską.

Długo można snuć lotniskowe opowieści o sposobach upychania niedozwolonych kilogramów, choćby poprzez „wynajmowanie” kolegi, z którym potem spotyka się delikwent w łazience i dokłada rzeczy do uprzednio zważonego plecaka. Nie czułam się winna, w końcu odmówiłam sobie obiadu jako ekwiwalent. A cud, który mi się zdarzył przed wylotem prawdopodobnie oszczędził od jednego do dwóch kilogramów, bo tuż przed wejściem na lotnisko odpadła całej długości metalowa rączka. Taki cud!

P.S. Dziękuję wiadomej Agnieszce za zabranie nadkilogramów 🙂

Tajemniczy czerwony dywan

Zawzięta maniaczka filmów spotkała się ze znawcą ich tworzenia. Jakież inne ścieżki można pokonywać niż te obok, za i w kinie? Niby zwykły spacer, a nie może się obyć bez filmowych aluzji. Idąc jedną z głównych lizbońskich ulic, zaraz naprzeciwko „nastej” rzeźby nagiej kobiety, zauważyłyśmy muzeum kinematografii, a tuż za nim bajeczne kino.

– Wchodzimy?

– Nawet nie pytaj dwa razy – odpowiedziałam.

Jedynym mankamentem był brak widocznej informacji o projekcji. I dla mnie istotnej – czy będzie ona w oryginalnym języku (czyt. zrozumiałym). Weszłyśmy rozległymi, drewnianymi schodami i zatrzymałyśmy się przed czerwonym dywanem, prowadzącym do okazałej sali. Uśmiechamy się przez szybę, a tam, w kasie, przystojny gentleman informuje o wszystkim doskonałą angielszczyzną. Wydawało się, że rozumiem, co mówi, a jednak wciąż nie wiedziałam o czym mówi, a może raczej nie dowierzałam. Agatha zaczyna mówić po portugalsku, ale po iberystycznych zajęć niezamierzenie wplątuje hiszpańskie słowa, na co Pan reaguje natychmiastowo – po hiszpańsku. Taki poliglota wszystko nam wyjaśni! Zaczęło się od ceny biletu, a skończyło… zdumieniem.

– Dzisiejszy spektakl jest tajemnicą – powiedział. –  Dokładnie to premiera.

– I nie wiadomo, o czym będzie to film? Chociaż, czy komedia lub dramat? – pełna zaskoczenia pytałam.

– Nie, to jest niespodzianka – utwierdził nas, pokazując większość swoich zębów.

 To ostatnie słowo odmienił nie tylko na hiszpański i angielski, ale oprócz francuskiego wydaje mi się, że usłyszałam niemiecki. Chciał być pewien, że zrozumiałyśmy. Właśnie z powodu niepełnego zrozumienia kupiłam bilet, a tak naprawdę monstrualnej ciekawości.

– Gratuluję. Zapraszam na 19.00 będą artyści, czerwony dywan i wino.

Oby był film!

Piesi przodem

Skoro jeździłam prawie po całej Portugalii i wszystkimi dozwolonymi środkami transportu po lizbońskich drogach, może oprócz hulajnogi, czuję się nawet w obowiązku podzielenia się moimi obserwacjami, także z pieszymi. Jezdnie, jakie są każdy widzi, a jak niedowidzi do poczuje.

Ledwie wyjeżdżając z Lizbony można odczuć powiew Unii Europejskiej, a dokładnie jej pieniędzy. Sieć autostrad jest rozłożona na cały kraj i mimo, iż są płatne (więcej tu), łatwo i szybko można dojechać dosłownie na koniec Europy. Szczęśliwcy. A skoro już ktoś wybiera się w samochodową podróż, koniecznie musi przejechać mostem Vasco da Gama Na północ od Lizbony, biały, najdłuższy w most w Europie, którego długość wynosi 16 km, spina brzegi Tagu. Ja wolę krótszy, ale o wiele bardziej urokliwy – most 25 de Abril. Nawet, jeśli ktoś zwyczajnie nie lubi ogromnych kładek, może przedostać się na drugi brzeg tylko: wpław, łódką lub promem.  Mnie radowały podróże samochodem drogą z dala od głównych tras. Co prawda, gubiliśmy się permanentnie, ale to zasługa braku nawigacji oraz darmowej mapy – w najważniejszych miejscach były reklamy. Spontaniczne decyzje i jedna zasada: jechać jak najbliżej wybrzeża. Małe, przybrzeżne trasy, wcale nie zawstydzające Portugalii, a prowadzą przez malownicze wioski i porty.

W samej stolicy nie jest już tak klarownie, ale za to absurdalnie. Portugalczycy jeżdżą jak szaleńcy. Przyjęło się, że wariację określają zawrotne prędkości.  Nie tutaj.Ta samochodowa frenezja to istny majstersztyk. Wjazdy w niemożliwie małe przestrzenie, próby skręcania w miejscu, podejście „przecież zdążę” i najważniejsze – zatrzymywanie się jak najbliżej celu, i w ogóle raptowne zatrzymywanie się. Kiedyś widziałam, jak Portugalczyk wykonywał piruety swoim samochodem, bo za wszelką cenę musiał zaparkować bagażnikiem w stronę sklepowych drzwi, po czym kupił chleb i dwa pomidory. Myślę, że nawet nie wiedzą, w którym miejscu włącza się światła (choć w kraju słońca można im to wybaczyć), a na pewno z wielką radością zamieniliby kierunkowskazy na uchwyty do kawy. Pasy poziome zazwyczaj są dekoracją, a zebra to miejsce parkowania. Lubują się w rondach, sama zaczęłam darzyć je wielkim uczuciem, kiedy robiliśmy kółka, by móc zdecydować o kierunku wyprawy. Za to są mistrzami parkowania na szczytach oraz sprawnej jazdy w niezrównanie wąskich uliczkach. Każdą wolną przestrzeń potrafią wykorzystać, by w niej zostawić swój czterokołowiec. Wszystkie portugalskie miasta są dość gęsto zabudowane, ogromna liczba ulic i uliczek jest jednokierunkowa, co skutecznie utrudnia poruszanie się samochodem  po mieście. Oni nieźle sobie z tym radzą. Obecne są też korki, bo Portugalczycy nawet małe odległości pokonują własnymi autami, choć wielu z nich zostawia swoje pojazdy, by przesiąść się do metra. Używają klaksonów tylko, gdy czekają w sznurze samochodów, tak jakby akurat wtedy miało to sens…

Jednak kierowcy szanują pieszych, nawet więcej – uważają ich za uprzywilejowanych uczestników ruchu. Zwyczajnie mają status świętych krów. Czerwone dotyczy kierowców, a stojący i czekający na zmianę światła przechodzeń to na pewno turysta. Portugalczyk patrzy na samochody, nie na sygnalizację. Przechodziłam przez przejście z policjantami właśnie na czerwonym świetle, za to mandaty nie istnieją. Portugalscy kierowcy z reguły ustępują pierwszeństwa pieszym, nie tylko młodym blondynkom,  ale też tym, dla których zebra to tylko zwierze.

Śmiesznym zachowaniem są kolejki. Długie sznury pojedynczo stojących ludzi to nie ogonek za darmowymi posiłkami, czy szczęśliwymi kuponami (Portugalczycy uwielbiają zdrapki, losy i zakłady). To kolejka do autobusu. Akurat w tej kwestii musi być porządek, więc jeden za drugim stoi i czeka. Na krawężniku, wzdłuż budynków, oparty o kolegę – czeka. Niedługo, bo zazwyczaj przyjeżdżają na czas, ale potem ludzie po kolei wchodzą i mimo trojga drzwi, wejściowe są tylko jedne. Jest jeszcze niezawodne, lizbońskie metro – szybkie i sprawne. Cztery linie, nazwane kolejno kolorami: verde, amarela, vermelha, azul. Artyści też potrafili zadbać o podziemnych podróżników – na ścianach malowidła, cytaty Pesoa i rzeźby.

W pociągu do Setubalu (na południe od Lizbony) turyści mają szansę oszukać system, nie żebym do tego zachęcała, ale lepiej nie starać się kupować biletu po angielsku. Zanim wejdzie się do dwupiętrowego pociągu trzeba przyłożyć bilet do czytnika, łatwo ominąć ten punkt, bo nie ma bramek. A potem tylko nadzieja, żeby nie było konduktora, a jak już się pojawi, to aby uwierzył w nieporadność obcokrajowców. To, co zostaje na bilecie można wykorzystać, choćby w drodze powrotnej. I tak 4 euro w kieszeni, które można wydać na przejażdżki do najstarszej lizbońskiej dzielnicy – Alfamy – żółtym tramwajem.

%d blogerów lubi to: