Rytualny balkon

Balkon mojego, wynajmowanego pokoju należy do wszystkich mieszkających w lokum 18 przy Rua Ferreira Lapa, ale tylko ja permanentnie na nim przesiaduję, i dodatkowo wiszące skarpetki współlokatorów. Dziwaczny zapach, prawdopodobnie jeszcze dziwaczniej wyglądających potraw sąsiadów z niższego piętra miesza się ze zmiękczającym płynem, kupionym w promocji za rogiem. Zawsze miałam kiepskie poranne wyczucie czasu. Albo wstawałam za wcześnie i jeszcze nikt nie zaparzył kawy, albo już jej prawie nie było. Ekspresu się nie tykam, i nie chodzi o skomplikowaną, czy też łatwą jego obsługę, nie dociekam – świętość gospodyni. Ekwiwalentem, zatem stała się czarna, mocna herbata z mlekiem.

To stąd patrzę na lizbońskie dachy, tutaj też nauczyłam się jeść zimne tosty, i dzięki temu miejscu poznałam parterowego sąsiada. Spadające ze sznura skarpetki mogłam ignorować, choć patrząc do szuflady zaczynam żałować tej ignorancji. Rozbijający się na jego werandzie kubek (już po raz drugi) wzbudził we mnie poczucie winy, musiałam się przyznać. To na tym balkonie wyjątkowo zainteresowałam się Szumowską. Czasem owinięta ogromnych rozmiarów czerwonym kocem, sporadycznie z maseczką na twarzy, a niekiedy w piżamach, wykonuję poranny rytuał: przepełniony kubek, zapełniony talerz, zapisane bądź nieodczytane kartki.

Prawie na przeciwko, bardziej jednak z ukosa i o piętro niżej mieszka moja berlińska koleżanka, miłośniczka słuchania audiobooków na powietrzu. Z mojej perspektywy wiszące ręczniki zawsze powiewają nad jej głową i nie mogę pozbyć się tego widoku. Rano spieszy się do pracy, więc tylko zamacha do mnie. Jej współlokator wyłania się wieczorami ze swoją partnerką – gitarą. Brazylijska dusza. Nasze zdecydowanie niewerbalne dialogi odbywają się głównie w tej dziwacznej przestrzeni. Najczęstszą bywalczynią balkonu jest jednak Agatha z Nottingham. Podobno na zewnątrz ma lepsze internetowe połączenie, i to jej okrzyki można usłyszeć, przede wszystkim  o tym, że krzyczała wcześniej.

Z pozoru mój malutki balkonik wydaje się zatłoczony i pełny życia, ale wcale tak nie jest. Wszystko, co się dzieje, wydarza się poza nim. Słychać bębny, na których w dali grają protestujący, sobotnie harmonijkowe próby jakiejś istotki, pomiaukiwanie kota, czy wywód zniecierpliwionej sąsiadki, która po raz kolejny tłumacza, że ryby to też mięso, a ona jest wegetarianką. Może właśnie z powodu rozmiaru balkonu, a może umiejscowienia na szczycie lub rzuconej w kąt i nieużywanej lornetki, czuję potrzebę obserwowania, czasami nawet robienia notatek. Ach, te akademickie wpływy… Pan z brodą podlewa tylko co drugi kwiatek, z resztą i tak jestem pełna podziwu dla jego starań. Przez cały styczeń myślałam, że kolekcjonuje doniczki, teraz w co drugim naczyniu, chyba (wciąż nie jestem pewna) coś rośnie. Pani z piętra niżej czasami z włosami w kolorze kasztanu, a niekiedy czereśni, wiesza spodnie zawsze nogawkami do góry. Ta obok, natomiast wybiera tylko czerwone spinacze. Trochę dalej, na dachu budynku, ktoś zainstalował werandę, zazielenił krzakami i nawet postawił prysznic, a przynajmniej konstrukcja na takowy wygląda. Wszystko jeszcze zimuje. Na dole, z kolei, są trzy małe ogródki, opis tego po prawej stronie przemilczę, a to z powodu przyjętej przeze mnie żałoby – po remoncie w miejscu wyciętych drzew pojawiły się płytki i beton. Ten pośrodku, niemalże pode mną, jest uroczy, wypełniony cytrynowymi drzewkami, których owoców nikt nie zrywa. Solidaryzując się z nimi przestałam kroić cytrynę do herbaty. Ten po lewej jest często użytkowany, to słychać. Pośrodku rośnie kaktus, jakby naturalistyczna odmiana fontanny, a od niego prowadzą trzy ścieżki. Jedna do zacienionego miejsca, być może w celu odpoczynku, pożywienia się, a może bardzo osobistych rozmów. Druga to zdecydowanie kierunek potrzeb pilnych, a jakże podstawowych. Trzecia? Cóż, wciąż jest dla mnie tajemnicą, ale nie wychylam się – lubię sekrety.

Tylko raz zdarzyło mi się pić moją mleczną herbatę z deszczówką. To był dzień, kiedy po tygodniu podróżowania jadłam śniadanie na balkonie i zdałam sobie sprawę, że przyjdzie czas, gdy opuszczę ten przecież niezbyt zachęcający, wręcz brzydki balkon, choć mój – własny, słoneczny i lizboński. A może tego dnia tylko o tym śniłam…

Reklamy
Następny wpis
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: