Rytualny balkon

Balkon mojego, wynajmowanego pokoju należy do wszystkich mieszkających w lokum 18 przy Rua Ferreira Lapa, ale tylko ja permanentnie na nim przesiaduję, i dodatkowo wiszące skarpetki współlokatorów. Dziwaczny zapach, prawdopodobnie jeszcze dziwaczniej wyglądających potraw sąsiadów z niższego piętra miesza się ze zmiękczającym płynem, kupionym w promocji za rogiem. Zawsze miałam kiepskie poranne wyczucie czasu. Albo wstawałam za wcześnie i jeszcze nikt nie zaparzył kawy, albo już jej prawie nie było. Ekspresu się nie tykam, i nie chodzi o skomplikowaną, czy też łatwą jego obsługę, nie dociekam – świętość gospodyni. Ekwiwalentem, zatem stała się czarna, mocna herbata z mlekiem.

To stąd patrzę na lizbońskie dachy, tutaj też nauczyłam się jeść zimne tosty, i dzięki temu miejscu poznałam parterowego sąsiada. Spadające ze sznura skarpetki mogłam ignorować, choć patrząc do szuflady zaczynam żałować tej ignorancji. Rozbijający się na jego werandzie kubek (już po raz drugi) wzbudził we mnie poczucie winy, musiałam się przyznać. To na tym balkonie wyjątkowo zainteresowałam się Szumowską. Czasem owinięta ogromnych rozmiarów czerwonym kocem, sporadycznie z maseczką na twarzy, a niekiedy w piżamach, wykonuję poranny rytuał: przepełniony kubek, zapełniony talerz, zapisane bądź nieodczytane kartki.

Prawie na przeciwko, bardziej jednak z ukosa i o piętro niżej mieszka moja berlińska koleżanka, miłośniczka słuchania audiobooków na powietrzu. Z mojej perspektywy wiszące ręczniki zawsze powiewają nad jej głową i nie mogę pozbyć się tego widoku. Rano spieszy się do pracy, więc tylko zamacha do mnie. Jej współlokator wyłania się wieczorami ze swoją partnerką – gitarą. Brazylijska dusza. Nasze zdecydowanie niewerbalne dialogi odbywają się głównie w tej dziwacznej przestrzeni. Najczęstszą bywalczynią balkonu jest jednak Agatha z Nottingham. Podobno na zewnątrz ma lepsze internetowe połączenie, i to jej okrzyki można usłyszeć, przede wszystkim  o tym, że krzyczała wcześniej.

Z pozoru mój malutki balkonik wydaje się zatłoczony i pełny życia, ale wcale tak nie jest. Wszystko, co się dzieje, wydarza się poza nim. Słychać bębny, na których w dali grają protestujący, sobotnie harmonijkowe próby jakiejś istotki, pomiaukiwanie kota, czy wywód zniecierpliwionej sąsiadki, która po raz kolejny tłumacza, że ryby to też mięso, a ona jest wegetarianką. Może właśnie z powodu rozmiaru balkonu, a może umiejscowienia na szczycie lub rzuconej w kąt i nieużywanej lornetki, czuję potrzebę obserwowania, czasami nawet robienia notatek. Ach, te akademickie wpływy… Pan z brodą podlewa tylko co drugi kwiatek, z resztą i tak jestem pełna podziwu dla jego starań. Przez cały styczeń myślałam, że kolekcjonuje doniczki, teraz w co drugim naczyniu, chyba (wciąż nie jestem pewna) coś rośnie. Pani z piętra niżej czasami z włosami w kolorze kasztanu, a niekiedy czereśni, wiesza spodnie zawsze nogawkami do góry. Ta obok, natomiast wybiera tylko czerwone spinacze. Trochę dalej, na dachu budynku, ktoś zainstalował werandę, zazielenił krzakami i nawet postawił prysznic, a przynajmniej konstrukcja na takowy wygląda. Wszystko jeszcze zimuje. Na dole, z kolei, są trzy małe ogródki, opis tego po prawej stronie przemilczę, a to z powodu przyjętej przeze mnie żałoby – po remoncie w miejscu wyciętych drzew pojawiły się płytki i beton. Ten pośrodku, niemalże pode mną, jest uroczy, wypełniony cytrynowymi drzewkami, których owoców nikt nie zrywa. Solidaryzując się z nimi przestałam kroić cytrynę do herbaty. Ten po lewej jest często użytkowany, to słychać. Pośrodku rośnie kaktus, jakby naturalistyczna odmiana fontanny, a od niego prowadzą trzy ścieżki. Jedna do zacienionego miejsca, być może w celu odpoczynku, pożywienia się, a może bardzo osobistych rozmów. Druga to zdecydowanie kierunek potrzeb pilnych, a jakże podstawowych. Trzecia? Cóż, wciąż jest dla mnie tajemnicą, ale nie wychylam się – lubię sekrety.

Tylko raz zdarzyło mi się pić moją mleczną herbatę z deszczówką. To był dzień, kiedy po tygodniu podróżowania jadłam śniadanie na balkonie i zdałam sobie sprawę, że przyjdzie czas, gdy opuszczę ten przecież niezbyt zachęcający, wręcz brzydki balkon, choć mój – własny, słoneczny i lizboński. A może tego dnia tylko o tym śniłam…

Smak mojego życia na południu Portugalii

Już po raz drugi próbuję pisać na temat portugalskiej kuchni. I wciąż rozdrabniam na kawałki to główne danie, ale to dlatego, że jest przyrządzone z wielu składników. Jedzenie zarówno jako rzeczownik, jak i czasownik jest szalenie ważne w kraju na skraju Europy.

Ostatnia wycieczka na Południe wzbudziła we mnie wiele emocji, a także poruszyła kupki smakowe. Odwiedziliśmy przy okazji festiwal mięsa w Alentejo, regionie, gdzie ryby nie są pierwszą pozycją w menu. Sam festiwal wyglądał trochę jak polskie wakacyjne, jarmarczne festyny, z tą różnicą, że na każdym stoisku nieustannie dumny gospodarz kroił swoje specjały, nigdy nie mogąc skończyć opowieści, gdzie, i w jaki sposób przygotowuje mięsiwo, a i wciąż namawiał do jego kosztowania. Próbowanie podczas takich wydarzeń jest obowiązkowe. Różne rodzaje mięsa, wiszące nogi i gulasze z uszu czworonogów za bardzo mnie nie przekonywały, co innego regionalne sery, o których za chwilę.

Nigdy nie zapomnę mojego ulubionego portugalskiego śniadania, jedzonego na południu kraju. Siedziałam na werandzie na drewnianym krześle z okrągłym oparciem, nogi były pomalowane na niebieski kolor, siedzenie natomiast na czerwony. Miałam jeszcze mokre włosy, ale zapach kawy był wyjątkowo silny, może dlatego, że gospodarz otworzył okna, także te od kuchni. Pośpiesznie więc przeniosłam się do jadalni zwanej sala. Dostaliśmy wielkie pajdy chleba, mleko, owoce, kolorowe konfitury, lokalną kiełbaskę i… sery. Najpierw jednak łyżeczka powędrowała do słoika z domową, pomarańczową konfiturą. Nigdy w życiu, a jeśli to możliwe, także poza nim, nie jadłam tak pysznej konfitury. Banalnym jest powodzenie: rozpływała się w ustach, bo już gdy wynurzałam ową łyżkę – powidła były płynne. Kawałki skórki pławiły się w tej pomarańczowej rozkoszy, jak i mój język. Mogłabym się wykąpać w tej konfiturze. Najpopularniejszym przetworem owocowym jest jednak dżem z marchewki. Unia Europejska z tego względu musiała uznać marchew za owoc. Brawo dla Portugalii! Tylko dodam, że mają także dżem ze słodkich pomidorów.

Nie byłam na tyle silna, by siedzieć wewnątrz budynku, postanowiłam przeprowadzić się z powrotem na werandę, tylko tym razem z całym zapleczem i moimi przyjaciółmi. W mig wszystko przenieśliśmy, a ja w słońcu, z widokiem na cytrynowo-pomarańczowy sad, mogłam i rozkoszowałam się ciepłym chlebem, queijo de serra, a na nim grejpfrutową konfiturą. Czas wtedy przestał płynąć, tak jak i teraz, gdy wspominam najsmaczniejsze śniadanie mojego życia.

Jadąc do Portugalii nigdy nie myślałam, że to kraj serem i jajkami płynący. A to dlatego, że nie ma tu wielkich fabryk i mleczarń, sery wyrabia się tradycyjnymi metodami, z dala od przetwórń, sam biznes traktowany jest raczej jako rodzinny obyczaj niż interes. Familijne zakłady produkują na małą skalę, ale wcale to nie oznacza, że sery nie są popularne. Widok (przynajmniej jednego) kieliszka wina i duża porcja sera ułożona na drewnianej desce, z której każdy kroi sam, to nienadzwyczajny widok, szczególnie w Alentejo i Algarve.

Gueijo de serra (ser z gór), nazywane tak ze względu  na miejsce występowania, powstają z mleka koziego i owczego. I to właśnie jest mój typ kuchni portugalskiej! Król wśród tych żółtawych przysmaków to ser owczy Serra da Estrela, robiony ręcznie według rygorystycznych zasad, powstaje od listopada do marca. Ma twardą skórkę i mięciutkie wnętrze, trochę słodkawy posmak. Powstaje on w trzech etapach, a wykorzystuje się mleko owiec wyłącznie rasy Bordaleira. W pierwszym stadium dodaje się sól i proszek ze zmielonych kwiatów kardu. Drugi etap to ser amanteigado, czyli maślany. Aby uzyskał on odpowiednią konsystencję musi leżeć miesiąc w niskiej temperaturze. Taki ser je się łyżeczką, ale ja wolę czekać kolejne 120 dni, by powstał ser curado, czyli dojrzały. Bułeczkowy chleb z przydrożnej piekarni, ON, kierunek ocean i nie potrzebuję niczego więcej. Chyba, że po drodze spotkam kolejne serowe przysmaki. Chociażby, takie jak Queijo de Évora – mieszanka koziego i owczego mleka z mojego smakowo ulubionego regionu – Alentejo. W serze Terrincho z Bragancy wyczuwa się słodko-gorzkawy posmak, a nawet orzechowy. Jednak rozszerzają mi się źrenice, krew szybciej płynnie, a usta się otwierają, gdy widzę i czuję ser z São Jorge wyrabiany na Azorach. Kiedy dojrzewa – twardnieje i schnie. Jego początki sięgają oceanicznych przygód, i wciąż jest najlepszym prowiantem dla żeglarzy. Trudno mi stwierdzić, czy to jego smak, czy żeglarskie historie dają mu pełną dziesiątkę. A na deser? Biały, miękki ser requeijao, z wyglądu zupełnie jak polski twarożek, w smaku już niekoniecznie. Portugalczycy jedzą ten rodzaj sera jako podstawę, bądź dodatek deserów, zawsze na słodko. Bica jest najbardziej rozpoznawanym portugalskim słowem (nazwa czarnej kawy podawanej w najmniejszej filiżance), ale jest też wydanie o wiele jaśniejsze – serowe. Jak większość portugalskich serów i ten jest słonawy. Czy producenci dodają tony soli, by zabić smak? Zgrzeszyłam o tym myśląc, a co dopiero pisząc. Mleko, z którego wyrabia się sery pochodzi od zwierząt, które pasą się w nadmorskich regionach. Pastwiska na Południu wcale nie w oddali mają cudowne oceaniczne pejzaże. Bica jednak to trójskładnikowy ser, znajdziemy tam mleko z kozy, owcy i krowy. Nie jest tak bardzo popularny, jak sery które opisywałam powyżej, ale wystarczy plasterek, by rozpoznać jego smak.

Festiwal mięsa uważam za udany i trafiony, jako, że spróbowałam tuzin serów, a wyszłam z kolejnym.

Bo na Południu zwyczajnie jest więcej facetów

A oto i dowód. Przejścia dozwolone tylko dla mężczyzn.

Dzień drugi: Przylądek Ciepłych Gaci

Nocne opowieści Lizy o karaluchach w Birmie, poprzedzone dokładnym opisem tłustych larw jedzonych w Korei Południowej nie pozwoliły mi spać długo. Nawet po przebudzeniu wciąż się drapałam. Wyszłam poszukać nie Bears Grilsa (na pewno pamiętacie go z Discovery, jedzącego jeszcze ruszające się stworzonka, zresztą w moim wieku zdobył Mount Everest), a oceanu. Jednak po drodze przypomniałam sobie o bardziej cywilizowanych przysmakach. Ruszyłam do piekarni z myślą o przygotowaniu algarveskiego śniadania. Przywitało mnie dziesięciu mężczyzn (tak, liczyłam), o przepraszam, jedenasty sprzedawał owoce. Wszyscy mierzyli mnie wzrokiem nawet w poprzek. Jedyną kobietą była dość męska sprzedawczyni, pewnie jej głos przystosował się do brzmienia większości. Wybrała dla mnie wszystko, co najlepsze, czyli zwyczajnie po trochu wszystkiego, co sprzedawała. Wzrok mężczyzn odprowadził mnie do warzywniaka i kolejnych kilku powitał. W końcu wychodzący na ulicę mieszkańcy to w większości samce, a marzec jest jeszcze niedźwiedzim snem, więc nikt nie spodziewał się turystów.

Nigdy w życiu nie jadłam słodkiej bułki z pieczonym smalcem. I chyba nie zjadłabym, gdybym wcześniej wiedziała, że brązowe kropki to nie prażone orzechy. Do tego miejscowe chouriço (hiszpańska kiełbasa z wieprzowiny ma wiele odmian w tym portugalską) oraz Evora De L’Alentejo, ten kozi ser, konserwowany w oliwie dojrzewa przez rok, a co najważniejsze wyrabia się go tylko w Alentejo, regionie, do którego pojedziemy na festiwal mięsa.

Tymczasem przed nami Cabo de São Vicente.   I oczywiście nawet mając wyznaczoną trasę, wykonanie kilku kółek wokół ronda okazało się koniecznością. Nawet nie wiem kiedy mój mózg kierowcy zaczął szybciej reagować na niemieckie okrzyki.  Koniec świata. Te dwa słowa rozbrzmiewają w uszach za każdym otwarciem powiek. Jeśli będziesz w Portugalii, koniecznie, nawet idąc tydzień piechotą, musisz pojechać na Przylądek Świętego Wincentego. Jest to najbardziej na południowy zachód wysunięta część Europy, leżąca w prowincji Algarve, 6 km od Sagres. Nazywany przez żeglarzy Przylądkiem Ciepłych Gaci, bo tutaj były już tylko ciepłe prądy. Z lewej strony ocean, z prawej – ocean, a na przeciwko – ocean. Mój duży palec u prawej stopy wychodził już poza Europę. Wiadomo, że dalej jest Afryka, a na prawo Ameryka, ale jedyne co widać w tym momencie to raptowny koniec. Nie ma tam plaż, są ogromne klify. Nie ma łagodnych zejść, ale urwiska. Niesamowitość właśnie wyraża się w jakby zupełnie niespodziewanym końcu. Nie jest to jednak dekadentyzm, wręcz przeciwnie… Malutki przylądek, jedna czerwona latarnia, turyści, małe targowisko z owczymi… skarpetami. Pominęłam jeden malutki szczegół, w końcu zmuszający nas do opuszczenie końca kontynentu i ciepłych gaci, które wcale takimi nie były – wiatr, wietrzysko, wicher, pęd…

Benagil. I wielka dziura, nawet dwie – wioska i jaskinia. Po drodze spotkaliśmy Dutcha. Tym razem nie padło pytanie: gdzie jesteśmy, ale gdzie jest ta wielka kominowa dziura. Pan Dutch malował płot na błękitny kolor. Miał zlewać się z kolorem oceanu, no powiedzmy prawie mu się udało. Jak i pozostali mieszkańcy okolicznych terenów zdziwił się na nasz widok, podobnie do nich nie miał w otoczeniu kobiety, i tak jak reszta był bardzo serdeczny. Już wiedzieliśmy, że dopiero wrócił z Maroka, każdą zimę spędza na Południu Portugalii i cieszy się, że wciąż może podróżować tylko z plecakiem na ramionach. Miałam ochotę popłynąć kolorową łódką do tego wielkiego niby wulkanicznego wnętrza, ale nawet nie ośmieliłam się zapytać w szeregu stojących, pijących kolejną kawę rybaków. Fale liczyły metr, czasami może i więcej, co najwyżej więc mogłam popłynąć wpław. Mogłam, ale kto mógł przewidzieć, gdzie wyląduję?

Portimao. Będąc na Południu każdy musi odwiedzić małe miasteczko. Mieliśmy szczęście być tam jeszcze przed zatłoczonym turystycznym okresem. Sama wioska wygląda tak, jak większość portowych, południowych przystani – uroczo. Zjawiskowe są przepiękne, klifowe wybrzeże usiane skałkami i grotami. Cud miód! Miłośnikom żagli znane z World Match Racing Tour, nam tego dnia z pikniku nad jaskinią. Wyjeżdżamy. Znowu rondo, tym razem glosy były podzielone, trzy okrążenia, tabliczka Silves i trafione niezatopione, bo nieportowe miasteczko.  W średniowieczu przez krótki czas było nawet stolicą Portugalii, chyba bardzo krótki, bo raczej nie jest to perła, w odkryciu której przemierza się pół kraju. Mauretańskie uliczki i wielokulturowe zabytki: arabski zamek, gotycka katedra swoją drogą powstała w miejscu dawnego meczetu, zabytkowy Krzyż Portugalii z XVI wieku. Dla mnie najciekawsze  były rzędowo rosnące drzewa pomarańczowe i cytrynowe, a może bardziej to, co z tych owoców robią Południowcy. Przepyszna mieszanka: w kwadraturze koła upieczony chleb, lokalny kozio-krowi ser i wyciągnięte z piwnicy słoiki marmolady z rosnących nieopodal grejpfrutów. To mój smak Południa!

Pytanie drugiego dnia to: co jest typową potrawą regionu Algarve?

Ze względu na poziom trudności, a raczej łatwości 😉 portugalski koguci obrusik poleci do wylosowanego zwycięzcy.

Zdobywam Południe! A wy – NAGRODY

Ostrygi, ohydne mięśniaki, niezawodne Porto, taka sobie muzyka i fantastyczne towarzystwo. Z tej mieszanki mogą wyjść dość oryginalne przysmaki. A jeszcze bardziej (o ile to możliwe) – pomysły.

Czytając jedyną anglojęzyczną portugalską gazetę, uprzednio „pożyczając” ją z rąk Irlandczyka, zaczęłam żartować nad dość długim artykułem zapowiadającym festiwal mięsa w Algarve. Przed oczami miałam lokalnych mieszkańców ubranych w kraciaste koszule, jeansy, i noszących kowbojskie buty, o bykach już nie wspomnę. Co raz musiałam sobie przypominać, że to nie Arizona i choć mięsa w brut, to z butami z ostrogami może być problem.

Czyli mięso, siano i mięso? – zapytała Nikola

Czyli blisko 300 km i dziwna muzyka? – dodał Michael

Czyli kraciaste koszule, i cudne plaże nieopodal – podsumowałam.

Zdobywamy Południe! Jednak wcześniej Lisa zdobyła randkę, Nikola zdobyła Sewillę, Sarah swój opóźniony bagaż, a ja? To mnie zdobyto, a ściśle ujmując  – moje. Dokładniej? Dokumenty. Nasz mięsny festiwal zawisł na włosku. Jakkolwiek osamotnione plaże o tej porze roku przyciągały nas niczym magnez. Jedynym dokumentem, który posiadałam było prawo jazdy. Lisa zdobyła samochód w jeden dzień, w drugim mogliśmy zacząć swoją podróżniczą wojnę secesyjną. I rozpoczęliśmy, uprzednio wskakując (prawie dosłownie) do polskiej ambasady.

DZIEŃ PIERWSZY

Jaki jest pierwszy cel? – powitała nas Nikola

Zorientujemy się po drodze, na razie przed nami most i statua Jezusa, czyli opuszczamy miasto.

Otwieramy nasz bagażnik 1×0,5 m i po kolei: mapa (wciąż trochę staroświecki, choć uroczy sposób zwiedzania), jedzenie, woda, plecaki, a dopiero na końcu… namiot.

Te koce się nie zmieszczą, a na jednych już siedzimy – zauważyła Lisa.

Mam sześć par skarpetek, dwie czapki, poza tym namiot i tak jest za mały dla nas wszystkich, więc myślisz, że będzie nam zimno? – zapytałam.

Wyruszamy. Już tuż za Lizboną zatrzymuje nas policja. Szybkie spojrzenie na licznik, szeroki uśmiech i… otwieramy szybę. Pan Władza salutuje (ktoś ma jakieś tajemnice?) i nie wiem dlaczego od razu zaczęłam odpowiadać niczym w wojsku. Policjant nawet zaczyna się uśmiechać (w końcu siedzą cztery dziewczyny, a jedyny chłopak śpi i jest niewidoczny), pyta o dokumenty… słoweńskie. Tablice są ze Słowenii, jak i sam samochód, co też przykuło jego uwagę. Ale zdziwienie było jeszcze większe. Bierze do ręki włoskie prawo jazdy, słyszy z tyłu niemiecki język, a z kierowcą rozmawia po angielsku. Skonfundowany tylko pyta: czy więcej narodowości tutaj nie mogło być?

Pozdrawiam Pana Władzę z Polski – odpowiadam.

Biedny, zdezorientowany znowu salutuje, lecz tak jakby z mniejszą werwą. A może tylko pomachał na pożegnanie?

W końcu jakiś cel – Sines. Po drodze podejmowaliśmy decyzję o kierunku jazdy wtedy, gdy pojawiały się przed nami tabliczki z informacją, a że zazwyczaj wynurzały się tuż przed rondem, a tam nie można ot tak stanąć, musieliśmy je okrążać, by zdecydować oczywiście. Trudniejsza decyzja – 5 kółek na rondzie, olśnienie – raptem 3. Po pewnym czasie stało się to naszą tradycją. Zeszliśmy nawet do dwóch rundek, co jak na razie stało się rekordem. Egzaminowaliśmy też Portugalczyków, zaczynając od jakże ważnego pytania: może nam Pan powiedzieć, gdzie jesteśmy.

W Aljezur mieliśmy zjeść najlepszą kolację Południa. Przynajmniej takie wytyczne dostaliśmy od znajomych, kiedy po drodze robiliśmy telefoniczny research. Knajpka ma swój odpoczynek – odpowiada zaczepiona na ulicy mieszkanka, dziwiąc się, że o tej porze roku przyjeżdżamy do miejsca, gdzie niczego nie ma.

A ocean? – pytam

Ocean jest zawsze, ale też wzdłuż całego kraju.

Cofnęliśmy się trochę, zaparkowaliśmy nasz malutki, rozepchany do granic możliwości pożyczony samochód i wyszliśmy na łowy w małej „śpiewającej wiosce”. Mówi się, ze mieszkańcy Algavre nie potrafią się inaczej porozumiewać jak poprzez śpiew. A wszystko to przyczyna dialektu.  Z naszą znajomością portugalskiego –  każda dłuższa wypowiedź jest osobnym dialektem. Ryby i rybo-podobne stwory były całkiem smaczne, skorupiaki – rozbrojone, wino – opróżnione.  Właśnie w tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że spanie w namiocie podczas upiornego wiatru i zanoszącej się ostrej burzy nie jest najlepszym pomysłem. Ja wciąż chciałam sprawdzić, czy opisane przez producenta granice wytrzymałości czerwonego materiału naszego domku są prawdą nie tylko na papierze. Demokracja jednak nie szanuje głosów mniejszości. Może to i lepiej… Czas spać. Pytamy o nocleg, gospodarza, który wciąż dolewa wino. To chyba nie jest najlepsza oznaka bezpiecznego snu, ale przynajmniej znamy jego imię. Na ulicy wystarczy krzyknąć Joao, czy Miguel i 50% przechodniów się obróci. Zaproponował pokój u znajomej znajomej znajomej, na przeciwko stacji benzynowej. Zamiast przy oceanie? Nie. To była najszybsza decyzja tego dnia. Otworzyłam swoją złotą książeczkę o tytule Portugalia, rozdział zakwaterowanie. Po szeregu miejsc w nawiasie ze słowami: basen, piękny widok, śniadanie znalazłam ciepłe przymiotniki opisujące Casa la Maria i do tego numer telefonu. Jest 20.30, dzwonimy.

Ale dzisiaj? – dosłownie wrzasnęła pani la Maria

Tak. – odpowiadam.

Naprawdę dzisiaj?

Tak.

Jesteście teraz w Aljezur, i chcecie dzisiaj przenocować?

Tak.

A możecie potwierdzić, ze dzisiaj?

Tak, już do Pani jedziemy.

Portugalsko-angielsko-coś tam rozmowa skończyła się sukcesem. Pani La Maria, która okazała się Fernandą czekała na nas stojąc na ulicy, tak jak mówiła – ubrana w żółtą kurtkę. A oprócz niej tak jakby pół wsi, nie wstydząc się palcem pokazywać na dziwaków. Zadowolona pani Fernadna vel la Maria , choć o wiele bardziej zdziwiona naszym przybyciem i znajomością jej numeru telefonu, zebrała skromną sumkę, a w zamian dała nam kilogram soli i karty do gry.

ZAGADKA PIERWSZEGO DNIA

Dlaczego dano nam sól i karty?

Odpowiedzi w postach. A w nagrodzie Toalha de cozinha z przynoszącym szczęście portugalskim kogutem.

Rozwiązanie: 28.03

Portugalskie fatum

Wyobraź sobie emocje głębsze niż tęsknota, uczucie większe niż miłość, a to wszystko wyrażone poprzez dramatyczną ekspresję pieśniarki w zatłoczonym, wręcz dusznym od zapachu wina wnętrza małego lokalu, tawerny.

Z zamkniętymi oczami, w pełnej czerni i wyrazisto czerwonymi ustami pojawia sie fadistka. Pewnie staje na przeciw dwóch gitarzystów w zatłoczonej, małej knajpce, nie potrzebuje mikrofonu, a oni nie potrzebują nut. Światło zostaje przygaszone, w starych, wiszących na ścianach talerzach odbijają sie płomienie świec, gospodarze i goście uciszają siebie nawzajem. Najpierw brzmienie klasycznej gitary i już za chwile przejęty każdym dźwiękiem drugi muzyk emocjonalnie szarpie dwunastostrunowa portugalska gitarę. Jakby na miejscu, właśnie w tym momencie tworzyli muzykę. Przecież widać na twarzach gości, że znają tę pieśń, a mimo tego nie mam wrażania jej odtwarzania. Przejmujący śpiew wypełnia salę. Dookoła jest mnóstwo osób, więc skąd to echo? Ludzie przestali jeść, stojący trzymają kieliszki wina, ale nie piją – poruszają sie w smutny rytm muzyki. Jakby czas się zatrzymał, choć wszyscy są żywi, niektórzy podśpiewują, inni wyszeptują lirykę.

Poprzez namiętny i głęboki śpiew solistka wyznaje tęsknotę. Melancholijnie, refleksyjnie, ale też erotycznie i na swój sposób radośnie, bo tutaj smutkowi towarzyszy radość. Śpiew uświęca, dlatego też tak często w czasie wykonania zmienia się rytm. Historia jest opowiadana nie tylko przez słowa, lecz przez emocje. Fadista swoją duszę cofa w czasie i na nowo przeżywa, dlatego ta muzyczna opowieść jest tak realistyczna i przejmująca.

Fado jest szczególną kombinacją nostalgii, tęsknoty i piękna. Saudade (łac. samotny), czyli bliżej nieokreślone uczucie, więcej niż tęsknota za czymś, co nie do końca da się opisać, za czymś, co odeszło i nigdy nie powróci, czego być może nawet nie było. Fado, zatem wzbudza podziw do takich uczuć, smutek i melancholię, ale także radość z przeżycia. Dla swych wykonawców jest lekarstwem, istnym balsamem dla cierpiącej duszy,  jest też rytuałem. Mówi się, że fado trzeba przeżyć, nie da się go opisać. Bo jakich porównać użyć do określenia emocjonalnego poruszenia duszy? To nie tylko magia dźwięku, teraz wiem, że to saudade. O czym śpiewają fadiści? O największych pasjach, najgłębszych uczuciach i nigdy nieodgadnionych tajemnicach: miłości, zazdrości, o losie, przeznaczeniu, zdradzie, śmierci, pięknych kobietach, opuszczeniu i przeznaczeniu.

Powstanie fado jest owiane tajemnicą, wiąże się je głównie z wielkimi odkryciami, kiedy to żeglarze pozostawiali swoje ukochane i wyruszali w wieloletnie rejsy. Zapytany przeze mnie Portugalczyk powiedział, że powstała po prostu z historii Portugalii, tęsknoty za jej świetnością, potęgą. Fado narodziło się w najuboższych dzielnicach Lizbony. Za pierwszą pieśniarkę uważa się zmarłą w wieku 26 lat Marię Severo (skądinąd prostytutkę), ale to Amália jest królową tego gatunku. Muzyka fado zmieniała się przez wieki, przypływający kolonialiści z Afryki, czy Brazylii urozmaicali pieśni. Jednak nikt nie zaprzeczy temu, że fado wywodzi się z Lizbony, do dziś w wąskich, gęsto rozmieszczonych ulicach Alfamy rozbrzmiewa ta specyficzna muzyka. Wyśpiewane i wygrane dramatyzm oraz ekspresja przekonują, że miłość jest niemożliwa do opisania, a związane z nią emocje przekraczają granice. Przekonują również o miłości do ukochanej… Lizbony, której bezkresny ocean daje nadzieję. Swego czasu śpiewanie fado było zwalczane przez władzę kościelną i świecką jako nazbyt uwodzicielskie, a sam taniec zbyt erotyczny. Dopiero w XX wieku zaczęło rozkwitać i wchodzić na salony burżuazji. Potem czas II wojny światowej spopularyzował smutny, fatalistyczny nastrój, a samo fado nie było już typowe jedynie dla biednych, lizbońskich dzielnic. Wyszło z cienia i stało się elementem duszy Portugalczyka, a także produktem eksportowym, choć nie można sprowadzać muzyki portugalskiej tylko i wyłącznie do fado. Koniec XX wieku stał się renesansem gatunku, wtedy to młodsza generacja artystów zaczęła łączyć tradycję z nowymi brzmieniami.

Królową fado była (i jest) Amália Rodrigues. Nie ma Lizbończyka, który z obojętnością reagowałby na nazwisko portugalskiej Edith Piaf. Jej śpiew wciąż jest flagą kraju. Charyzmatyczna Mariza, która do klasycznego repertuaru wnosi wpływy jazzu, nie zaprzeczając tradycji, nazywana jest jej następczynią. Sama o sobie mówi, że nie jest typową pieśniarką fado, z ciemnymi włosami i czarnym szalem, nie taką, jaką słuchał jej ojciec. Portugalska gitara przypomina jej płacz kobiety, do którego stara się dopasować śpiew.

Jednym z najlepszych miejsc fado jest Tasca Bela, oczywiście w Alfamie. Podają tam pyszne domowe wino i kiełbaskę na ogniu (dosłownie), ale przede wszystkim śpiewają niesamowici soliści, część z nich – przypadkowo. Prowincjonalne miejsce żyje fado, gdzie soliści nawołują siebie nawzajem. Przychodzą do tawerny, witają się z gospodarzami, piją wino, śpiewają i wychodzą, bądź zostają, zasiadając między gośćmi i wsłuchują się w fado. Portugalczycy są na co dzień radośni, a saudade – od czasu do czasu. Ja – w niektóre niedziele, kiedy Tasca Bela otwiera swoje czerwone drzwi.

Od ryby po mleko – uczta na Bairro Alto

Przyspieszamy, kończy się nam czas lunchu – powiedziałam.

Na Bairro Alto jest mnóstwo większych i mniejszych restauracji. Wybrałam jedną – Antigo 1 de Maio, najlepszą, lokalną knajpkę w tej okolicy. I jedyną, która akurat tego dnia była zamknięta. Ten dzień należał do ślepych wyborów, jak się później okazało. Idziemy dalej. Jakiś chłopiec kopnął piłkę, ustawiając bramkę na moim lewym kolanie, starsza pani wieszała pranie, uprzednio zapominając je wywirować, a mieszające się zapachy różnych potraw (również z okien domów) pobudzały nie tylko żołądek, ale i mięśnie nóg, zatem nóżka za nóżką po to, by znaleźć najlepszą knajpkę. Przy czym najlepsza oznacza z mniejszą ilością dań w menu, nieznajomością angielskiego przez podających i trochę zapyziałymi stolikami, jednym słowem – lokalna. Jak na złość, więcej czytałyśmy po angielsku, francusku i niemiecku niż portugalsku. Po kolejnych krętych uliczkach i moich zapewnieniach znajomości terenu, budynków i całego rejonu przez przypadek znalazłyśmy małą, przyzwoitą restauracyjkę. Menu dnia – zakreślone długopisem, ceny – portugalskie, wnętrze – kraciaste, czyli wchodzimy.

W tle grało fado, a na pierwszym planie telewizory i współczesna portugalska muzyka, nie ma co, w takim kotle różnorodności musimy zostać. Gospodyni podała nam spisano-drukowane menu, i już po chwili okazało się, ze wybrane przez nas potrawy dzisiaj nie są serwowane. Innych nie znałyśmy, pani poprosiła mężczyznę pijącego piwo o tłumaczenie. Przekład był, co najwyżej artykułowany, o poprawności już nie wspomnę, a do zrozumienia było daleko. Dużo zabawy i niewielkie postępy językowe. Postanowiłyśmy wybrać jedno danie mięsne, drugie – rybne. Po zamaszystym pokazaniu przez gospodynię kciuka kierującego się w stronę jej ust zrozumiałam, że czas zamówić coś do picia. Już miałyśmy problemy z daniem głównym i zupą, więc szybko powiedziałam: wino. Dodając zmiękczone n brzmi doskonale po portugalsku, zrozumiale i w kraju wina – zawsze pysznie. Na pierwsze danie dostałyśmy tym razem nie zielone glony w seledynowej zalewie (przypadek caldo verde w Porto), a brązowawy roztwór z czymś, kiełbaską, groszkiem i czymś. Albo było smakowite, albo byłam głodna. W oczekiwaniu na drugie danie, nasz bufetowy tłumacz, acz niezwykle sympatyczny, dopytywał, jak smakowała nam zupka. Oczywiście: muito bom. Najpierw zaserwowano nam mięso, a raczej wachlarz mięs w… sosie, groszku i kapuście. I albo pani gospodyni oprzytomniała albo zobaczyła, ze żadna z nas nie radzi sobie z jedzeniem portugalskiego typu dania między polskim bigosem a gulaszem, i przyniosła łyżkę. Ja, mając problemy z odróżnieniem jednego mięsa od drugiego zrezygnowałam z dzielenia tego dania i tylko skubnęłam. Wędzona kiełbaska dodaje animuszu. Prawie na skrzydłach, choć w tym wypadku – płetwach niemalże przypłynęła ryba. Przepyszna.

Zarażone morskim optymizmem wzięłyśmy jeszcze deser, a jak ciasta to i kawa. Już od dawna zamawiam kawę po portugalsku (i taką dostawałam). Moja koleżanka dopiero próbuje swoich sił. Z radością wypiła ostatni łyk wina, które gospodyni dla nas wybrała, a które było jednym z lepszych win, jakie piłam i oczywiście, mimo iż trzy razy wymieniała jego nazwę, wciąż mam wrażenie, że za każdym razem mówiła, o czymś innym. Agnieszka podeszła do lady, w drodze po cichu dociekając, jak jest kawa z mlekiem po portugalsku. Zapytałam, trochę mleka, średnio, czy połowa-połowa? Ta mocniejsza, ale z mlekiem – usłyszałam. Powiedz: pouco de leite (trochę mleka). –Ale w menu jest napisane kopo? Zbyt krótka chwila zastanowienia i chyba zbyt krótkie machnięcie ręką, bo odpowiedziałam: to chyba ta, bierz. Pomyślałam, że może właścicielka mojego mieszkania znów wprowadziła mnie w błąd. Próbując się ze mną porozumieć, używa słów, których znaczenia się domyśla, a które ja używam błędnie. I tak przez dwa tygodnie, mówiąc menino myślałam o mięsie. Zadowolona koleżanka wróciła i zasiadła, po chwili gospodyni przynosi dwie wielkie szklanki… mleka. Mleko – zapytałam zdziwiona? – Powiedziałam kopo… – odpowiedziała. – A może nie powiedziałaś cafe, i wyszło samo mleko – drążyłam. W słowniku poko to szklanka – zauważyłam. Czyli zamówiłaś szklankę mleka, za chwilę poprosiłyśmy o kawę. I finalnie miałyśmy szklankę mleka, małą kawę i… wino. Jednak na tym się nie skończyło, do mocnej kawy dolewałyśmy to mleko. I to z dużej szklanki do drobnej filiżanki. A co ważniejsze – pewnie gospodyni myśli, że w zwyczaju Polaków jest jedzenie mięsa lub ryby, picie wina, zagryzanie ciastkiem z kawą i szklanką mleka, równocześnie. Do tego, zamiast do toalety poszłyśmy na zaplecze knajpki.

Zamiast zegarków noszą sztućce

Zanim będzie o sardynkach, ośmiornicach i lejącej się czekoladzie, obowiązkowo należy wspomnieć o portugalskiej pasji – samym kulcie jedzenia.

Portugalczycy bardzo pilnie przestrzegają godzin posiłków, wyznaczają one ich rytm życia i są świętością. Niejednokrotnie byłam pospieszana, by jeść lunch w czasie pory na… lunch. Uważają, ze restauracje po tym „czasie” mają wybrakowane posiłki. Jedna z moich ulubionych knajpek jest nawet zamykana po 15.00 i otwierana dopiero w czasie kolejnego posiłku, czyli o 19.00. Śniadania je się między 7.30 a 10.00, głównie na słodko, w stylu francuskim. Typowym porannym daniem jest kawa, mleko (także czekoladowe), czy kawa z mlekiem do tego słodki rogal, tourada (chleb zapiekany z masłem i oliwą), bądź croissant z szynką i serem. Ten posiłek bardzo często spożywa się na mieście, w swojej ulubionej kawiarence, w drodze do pracy.

Lunch również je się w restauracjach, bądź odgrzewa się przygotowane wcześniej jedzenie w pracy. Gdy nagle przy oknie w pracy robi się szum i ustawia się kolejka wiem, że wybiła 13.30 i po chwili czuję mieszankę hinduskich przypraw. „Kuchnia” znajduje się kilkanaście sekund marszu od biurek, a mimo tego ustawia się długa kolejka do ołtarzyka, czyli miejsca odgrzewania jedzenia. Ramię w ramię jeden za drugim stoi, by włożyć swój lunch do mikrofalówki, a wcześniej w porządku (na szczęście niealfabetycznym) wyjąć jedzonko z lodówki. I nieważne, że dopiero dwie godziny temu przyszłam do pracy, i nie ważne, że przecież mogę usiąść. Są to też swego rodzaju spotkania towarzyskie, mające (w teorii) zupełnie inny charakter niż te przy biurkach, choć trudno znaleźć tę niesztampową różnicę. Potem jest czas na przekąszanie, czyli obowiązkowo kawa do tego ciasto, bądź kanapka z serem, jogurt, a najczęściej pieczony chleb lub tosty. Ta przerwa jest krótka, nie wliczana do „wolnego od pracy”, ale również pilnie przestrzegana. Gdy słyszę chrupanie, wiem, że wybiła 17.00.

Kolacja natomiast jest najważniejszym posiłkiem dnia i największym. Ramy czasowe? Oczywiście istnieją – od 20.00 do 22.30. I jak najbardziej czas ten wyznacza jedynie rozpoczęcie posiłku. Portugalczycy jedzą stosunkowo długo. Jest to swoisty kult jedzenia, a ostatnie kęsy z pewnością są wkładane do ust zimne. Posiłek nie jest skromny i obowiązkowo pojawia się deser, a po kilku miesiącach (a czasami nawet tygodniach) – dodatkowe kilogramy.

Jeszcze przed zjedzeniem Portugalczycy wycierają sobie kąciki ust papierowymi serwetami. Nawet na najmniejszym stoliku musi być odpowiednie pudełeczko z bibułkami. Z serwetników tworzone są dzieła sztuki. Z taką ilością mogliby zasilić całą Europę. Uwielbiają używać je do wszystkiego. Zawsze trzymają kawałki pizzy, kanapkę, czy ciastko przez serwetkę i nie kładą jej na kolanach – przecież zaraz się wytrą.

Gdy skończą jeść, stosunkowo szybko wypijają kawę. W porównaniu do całego przedstawienia ten akt wydaje się grany w pośpiechu. Małe filiżanki czarnej kawy (bica) wypijają trzema – a panie czterema – łykami. Potem… trawią. Digestão jest sprawą nadzwyczaj istotną. Czas trawienia dla każdego jest inny, przeciętnie są to dwie godzinki. W tej porze Portugalczyk nic nie robi, oczywiście oprócz codziennego bycia w pracy. W przeciągu digestão nic się nie je, nie pije (ewentualnie wodę), nie uprawia się ćwiczeń fizycznych, nie chodzi się do fryzjera. Niektórzy bardzo poważnie traktują czas trawienia i mogą nawet nie wchodzić do oceanu, czy nie brać prysznica. Żywo wierzą, że każda z tych czynności, i szeregu pozostałych, może spowodować zaburzenia trawienia. To tak jak z szokiem termicznym, tylko w tym wypadku jest on ogromną przyjemnością – świętością.

Portugalczyk nie tyka czerwonych kwiatów?

Kim są Portugalczycy? Travelers Digest umieścił Lizbonę na 4. miejscu miast najprzystojniejszych mężczyzn.  Okazało się, zatem, że jestem otoczona męskimi ciachami. Pisarka Jessica Benavides Canepa opisała mężczyzn z Lizbony jako światowych, dobrze wykształconych i dumnych z małego, ale malowniczego kraju. I muszę przyznać – jest, co podziwiać (w tym miejscu wciąż myślę o mieście). Czy są światowi? W kraju najlepszych miejsc surfingu, wysokiego odsetku turystów, euro, piętnastu stopni ciepła w lutym i dość dobrej znajomości angielskiego – muszą być. Poza tym, łączą fakt Solidarności w Polsce z walką o wolność w Internecie i mają międzynarodowy festiwal czekolady. Podsumowując, sześć punktów z dziesięciu. Czy są wykształceni? Tak jak przeciętny Europejczyk, choć będąc u czterech lekarzy, tylko jeden mówił prawie po angielsku, dwóch po francusku, a ostatni tylko po portugalsku i do tego z brazylijskim akcentem. Natomiast pełną dziesiątkę dostają za uwielbienie swojego kraju i dorzucę jeszcze wysoką notę za nieprzeciętne lica, ale niech podlega to dyskusji.

Dla Portugalczyków naród to miejsce, które szczerze kochają. Nie można przekonać mieszkańca Lizbony, że istnieje piękniejsze miejsce niż jego własne. A pytając ich o ulubiony kraj, odpowiadają, kończąc: ale i tak kocham Lizbonę. Mieszkańcy Porto są dumni ze swojego miasta nad rzeką Douro. A ci, którzy mieszkają w innych krajach, obowiązkowo przynajmniej raz w roku odwiedzają swoją terra i wielu wraca do Portugalii przed emeryturą. Dla nich casa to nie tylko mieszkanie, czy dom, ale ojczyzna i… rodzina. Lojalność wobec niej jest przed innymi stosunkami społecznymi, włączając w to sferę biznesu. Dlatego też nepotyzm nie jest uważany za złą rzecz. Szczerze wierzą, że lepiej zatrudnić kogoś, kogo się zna i komu się ufa, a czyje inne zdjęcie pasowałoby do tej ramki niż właśnie bratanka, czy kuzynki?

Socjalizowanie się jest definiowane nie tylko w ramach przyjemności, ale rzeczy naturalnej. Szczególnie w Lizbonie należy się „pokazywać” na różnych wystawach, przyjęciach, czy choćby podczas spaceru na Chiado. Te zdarzenia byłyby znakomitym obiektem dla socjologów, gdzie reguły gry Cailloisa są widoczne jak na tacy. A podstawowym elementem jest ubiór – nigdy nieprzypadkowy. Jednak bywanie na wydarzeniach różnorakiego kalibru nie zawsze jest tylko pompatycznym bywaniem w towarzystwie. Portugalczycy żywo interesują się kulturą, a ministerstwo potrafi wydać pieniądze na pożądane informowanie o warsztatach, konferencjach, spotkaniach, wystawach i tańcach. Wieczorne wyjścia są powszednie, jakkolwiek rozmyślne.

Portugalczycy uwielbiają bliskie kontakty. Z nowo poznaną osobą całują się w policzki, zawsze w oba. Kiedyś w zapomnieniu zamiast pokazać twarz wysunęłam dłoń, usłyszałam tylko pytanie: dlaczego to robisz? A w stosunkach biznesowych ważniejsze są kontakty między ludźmi niż firmami, więc w negocjacjach liczy się to, kim jesteś, a nie, jaką firmę reprezentujesz. Ach, i uwielbiają detale. We wszystkim, zaczynając od opowieści poprzez wybór kopert. A propos, szukając w pracy pospolitej białek koperty natknęłam się na jedenaście pudełek. W każdym z nich był inny rodzaj kopert. (Firma liczy ok. 30 osób). Zapytałam sekretarkę, czy wszystkich używają. Ona opowiedziała: teraz nie, ale nie oznacza to, że jutro nie będziemy ich potrzebowali. W Portugalii to oznacza… zaradność.

Jeżeli jest się zaproszonym do domu portugalskiej rodziny, powinno się przynieść kwiaty i czekoladki dla pani domu albo cukierki (choć te trudniej znaleźć w Portugalii). O dziwo, nie powinno przynosić się wina, bo gość mógłby wybrać niepożądane, chyba, że dość dobrze zna ludzi lub jest obcokrajowcem (w tym wypadku nawet lepiej, bo Portugalczycy mają kolejną okazję wychwalania swoich win, zresztą słusznie) bądź studentem. Ludzie Południa nie wymieniają się czerwonymi kwiatami (z wyjątkiem róż), są one symbolem rewolucji, więc aktualnie są nietykalne. Spóźnienia nie są grzechem. Jeżeli jest to kolacja w mniejszym gronie, obowiązuje elastyczny kwadrans, jeśli natomiast jest to większa społeczna impreza nikt nie wypomni spóźnienia do godziny. I za to ich wielbię. Warto napomknąć w tym miejscu, że te „spotkania” rzadko zaczynają się nawet  o 21.00.

Naród, który lubi narzekać i w tej dziedzinie mógłby rywalizować z Polakami. W dzień wyrażają to za pomocą słów, a wieczorem – dźwięków w kafejkach fado. Jednak nawet podczas utyskiwania nie denerwują się.  Są to ludzie, którzy nie przejmują się potknięciami. Dwukrotnie widziałam protesty uliczne przeciwko zwiększeniu podatków. Rozmawiałam o tym z Portugalczykami ze zdumieniem komentując ich polityczną aktywność. – Musi być bardzo ciężko, skoro ludzie zaczęli wychodzić na ulicę, rzadko to się zdarza – usłyszałam. Ale któż mógłby się stresować, mając obowiązkową przerwę na obiad, darmową kawę z cukrem w biurze i muzykę podczas nocnego spaceru starymi, ciasnymi uliczkami Lizbony. Portugalczycy równocześnie to cenią i narzekają, obowiązkowo przy kolejnej filiżance kawy.

 

Nocne serce Lizbony

Bairro Alto. Dwa slowa i wszystko jasne. Dzielnica w Lizbonie, miejsce artystów, niegdyś prostytutek, dziś – niezamożnych ludzi. To gąszcz maleńkich, wąskich uliczek – kocich łbów, wijących się w ciasnej zabudowie .  Bairro Alto, jednak to dwie różne dzielnice. W dzień to XVII-wieczna urokliwa dzielnica z wąskimi uliczkami między wzgórzami i niezliczoną ilością schodów, gdzie ludzie namiętnie rozwieszają pranie nad głowami przechodniów, a przy wejściach do domów przesiadują najstarsi mieszkańcy tej czesci miasta. Druga odsłona Bairro Alto to ta nocna – osobliwa i tajemnicza.

Mrok spowija biedę a światło dodaje powierzchownej świetności. Wszędzie słychać gwar i muzykę. Tłumy wypełniają kafejki i małe kluby. Ludzie stoją, chodzą i tańczą na wąskich uliczkach Bairro Alto. Czasami zwykłe żarówki są pomalowane w różnych kolorach, ale nie tylko to buduje specyficzna zywiolowosc nocy na Bairro Alto. Specyficzna, bo utkwiona pomiedzy tancem i kipiaca radoscia, a spokojnymi spacerami i brzmiacym z oddali fado. Życie Bairro Alto zaczyna się od 23.00 i trwa do rana. Sama nazwa z portugalskiego oznacza „wysoką dzielnicę”, gdyż jest położona na szczycie wzgórza.  Stamtąd rozpościera się cudowny widok na Lizbonę i oczywiście gatki sąsiada. Na Bairro Alto czekają na turystów  dilerzy (choć Portugalczycy nazywają ich dziwnymi sprzedawcami), próbują sprzedać dosłownie wszystko, każdemu. Od okularów przeciwsłonecznych za 3 euro, przez niby afrykańskie torebki po haszysz i marihuanę. Ale dzielnica jest najbardziej znana z tańca, muzyki, spacerów od kafejki do kafejki. Ludzie często chodzą do tych samych miejsc, więc śpiewający w środku artyści pozdrawiają z (niewielkiej) sceny stałych bywalców. Śpiewający i grający mieszają się z tłumem, żartują, wspólnie piją i czasami opowiadają tyle, ile śpiewają.

Jedna z części Bairo Alto – Chiado – omal nie została zniszczona w roku moich narodzin. Pożar miał pożreć osobliwe budynki, przecudne kawiarenki i cały urok dzielnicy, jednak udało się nie tylko uratować tę urzekającą część miasta, ale także zachwycająco odremontować. Jeszcze przed pożarem powstała restauracja do dziś znana i uważana za symbol Chaido – Brasileria Café. Dokładnie na Lago do Chiado tuż przy wyjściu z metra Baixa-Chiado stoi czarowne i kuszące miejsce dysput, tworzenia,  smakowania i przebywania – miejsce dla intelektualnej elity i… oczywiście turystów . Samo Chiado jest jedną z prestiżowych części miasta, królują tam teatry, księgarnie, kawiarenki żywcem wzięta z lat 20. i 30., a ulice nazwane tu zostały nazwiskami międzynarodowych osobistości.  Powyżej Brasileria Café miesci sie główny skwer Baixy. Tam spotykają się znajomi przed nocnym odkrywaniem Bairro Alto. Na skwerku stoi mały kiosk, ale nie kupuje się tam gazet, czy gumy do żucia. Mlodzieniec  w meloniku podaje małe drinki, kieliszki Porto, mocniejsze lub slabsze likiery. Aby dojść na skwer obowiązkowo trzeba przejść przez ulicę, gdzie podmuch z metra za każdym razem podnosi dziewczęce sukienki wysoko w górę. Ale nie tylko z tego powodu panowie czyhają ze swoimi aparatami, brulionami i obrazami. Tam grają uliczni artyści, i na głos śpiewają przechodnie. Bo na Baixy, w nocy, nie ma żadnych artystycznych barier.

%d blogerów lubi to: