Olá Portugal!

Nagłe wypadki, natychmiastowe zwroty powodują, że nie zawsze zmieniamy swoje życie, ale chociaż postanawiamy to zrobić. Przestałam już spisywać swoje postanowienia, pardon czy kiedykolwiek to robiłam? Ale spisuję coś innego, próbuję opisywać nowe miejsca, w których żyję. Czas na Portugalię moi drodzy. Tradycją stały się moje odwiedziny w zagranicznych szpitalach, jako pacjentka rzecz jasna. Mogłabym być konsultantem do badań zagranicznego stanu służby zdrowia, oj tak. Jednak dzięki chwilowej przerwie w aktywnym eksplorowaniu Lizbony i okolic, czas pozwolić odkryć się Portugalii, która przez wieki sama odkrywała. Mieszkam tu od ponad dwóch miesięcy, zatem powstrzymywałam się ździebko przed przelaniem kultury, smaków, zdarzeń i ciągłego słońca na wirtualny papier. Nadeszła ta wiekopomna chwila, jak to mówił Pawlak.

Do Cypru jeszcze wrócę, bo choć jest to mała wyspa, dzieją się na niej rzeczy wielkie.

A teraz ze wschodniego krańca Europy zapraszam na zachodni! 🙂

Reklamy

Ach, te cypryjskie syreny…

Pierwsze zdanie po grecku wypowiedziałam nieświadomie do nauczyciela żeglarstwa. Κάνε με για σένα να ξεχάσω τ’ όνομά μου. Oznacza ono subtelne zaproszenie do wspólnego spotkania (a dosłownie: spraw bym przez ciebie zapomniała jak się nazywam). I nie wiem dlaczego zawsze dodawałam apopse. To takie piękne słowo i choć należało do ostatniej linijki słów piosenki, dla mnie pasowało jak ulał do pierwszej. Nie wiedziałam, co oznacza, a mimo tego, rytmicznie łączyło się z pierwszym zdaniem, więc je wyśpiewywałam. Dopiero potem zrozumiałam, że to oznacza wieczorem. Michalis zaśmiałam się, domyślając się, że nie śpiewam tego w umyślnie. Ciekawe skąd wiedział? I zalecił mi, żebym ot tak nie śpiewała jej głośno przy mężczyznach. Są podobno bardzo wrażliwi na muzykę i kobiecy śpiew. Przecież nie wyglądają na syrenki… Ale muzyka jest ważną częścią życia Cypryjczyków. Jest jakby tłem. W restauracjach muzykanci grają na żywo, ludzie wspólnie tańczą, w pracy nucą niekoniecznie pod nosem, a w radiu rozbrzmiewa grecka muzyka – tradycyjna, jak i nowoczesna. I do tego każdy zna słowa, czy po grecku, czy po angielsku. Największym uznaniem i popularnością cieszą się te miejsce, gdzie jest wielu piosenkarzy i śpiewają znane utwory. A wtedy kelner przynosi tacę pełną płatków kwiatów i rzuca się nimi w gwiazdy. Oczywiście za taką tacę sowicie się płaci, ale patrząc na latające kwiaty nie miałam wątpliwości, że cena tutaj nie gra roli.

Przewrotna dusza kobiety. Spotykając mojego cypryjskiego kolegę od razu sprawdziłam jego muzykalność, dokładnie wyśpiewując słowa tej piosenki. Jaka była? Siga siga – odpowiedział. A o tym następnym razem…


Cypryjska zorba

Przeżytkiem stała się izolacja kulturowa. I o tym doskonale wiedzą Cypryjczycy. Nie tylko ze względu na mieszkające tam różne narodowości. Chociaż wcale mnie nie zdziwiło, że będąc w szpitalu w Limassol badał mnie Anglik, a pomagała mu Greczynka. Są bardzo otwarci i prawie wszyscy mówią po angielsku. Dzisiaj to, co narodowe uchodzi często za regionalne, mimo tego na Cyprze odczuwa się ożywienie nacjonalizmu, lecz w wersji light. Mój cypryjski znajomy ujął to trafnie: „myślimy, że jesteśmy Europejczykami, ale myślimy o tym po cypryjsku”. Ale kim jest Cypryjczyk? W teorii: na dole Grecy na gorze Turcy. W praktyce: na dole kultura oparta na greckiej, na gorze oparta na tureckiej.

Cypryjczycy uważają siebie za ważnych graczy nie tyle politycznych, co kulturowych. Przedziwne państwo. Kulturowo związane z Grecją. „Gramy z wami na Euro 2012 i nie macie szans” – przechwalał się mój w pełni cypryjski kolega, a przecież to Grecja gra z Polską. Ser feta też ma odmianę grecką, choć dumni są z halloumi. Powołują się na grecką kulturę, utożsamiają się z nią, ale potrafią także przyznać, że egipskie piramidy są zwrócone na Kourion. A zorba to ich taniec narodowy. Cypr jest bardzo europejski. Duży wpływ na to miała brytyjska kolonizacja. Cypryjczyk poszukując swej tożsamości jest pod wpływem dwóch światów Turcji i Grecji, a nawet w minimalnym stopniu Anglii. Cypryjczycy przyswoili sobie kulturę grecką, adaptując ją do własnego środowiska. Uważają, że ich język jest najtrudniejszy, a sam kraj najpiękniejszy. Chwalą się mitologią i starożytnymi teatrami, choć chcą pełnej odrębności. W rodowodzie każdego sławnego naukowca lub bohatera Cypryjczycy mogą znaleźć greckie korzenie. Nawet u Kopernika, którego nazwisko (wg kolegi Andreasa) pierwotnie kończyło się na iou ewentualnie aou. Wiele lat Cypryjczycy żyli jako Grecy, a potem byli częścią Wielkiej Brytanii. Nie mają typowo cypryjskiej kultury, a czują się Cypryjczykami. Niejakie przyswojenie i zaadaptowanie kultury greckiej jest dla nich naturalne, choć wciąż są odrębni. Nie chcą stać się mniejszością między Azją a Europą. Dlatego też mają silną potrzebę zaznaczania swojej tożsamości.

Dla Cypryjczyków ich kultura to tradycja, obyczaje, zabytki, religia, historia i jedzenie. Najsmaczniejszy element tego obrazu jest szalenie istotny. Wydawałoby się, że dla narodu posiadającego wszystkie składniki posiłków na wyspie (Cypr importuje niewiele towarów) jest to rzecz zwyczajna i codzienna, w ogrodach rosną cytryny i pomarańcze, a u sąsiada widać już oliwki. Wielki błąd. Nie jest to dla nich jedynie karmienie się, i mimo tego, że mogliby przywyknąć do potraw, potrafią się nimi zachwycić. Cypryjczycy uwielbiają swojskie lokalne dania, a jedzenie stanowi podstawowy element życia towarzyskiego. Lokalność jest powodem do dumy. W czasie wolnych dni najczęściej wyjeżdżają za miasto, choćby na obiad. Zabawy świąteczne też dzieją się poza miastem. Jedynie festiwale i karnawał są typowymi mieszczańskimi wydarzeniami. Być może powodem jest pochodzenie większości ludności z terenów wiejskich. Na wyspie (Południe) są tylko 3 duże miasta: Nikozja (stolica) licząca około 270 tys. mieszkańców plus 85 tys. osób strefy tureckiej, Limassol – około 180 tys. mieszkańców (miasto, w którym studiowałam) oraz Larnaka (narodowe lotnisko). Zachwyt rodzimą kulturą rodzi się również prawdopodobnie dlatego, że lokalni mieszkańcy muszą udowadniać Europie i światu, iż nie są ani grecką ani brytyjską kolonią oraz, że sprzeciwiają się tureckim okupantom. A może i dlatego, że są świadomi swojej tożsamości kulturowej tak mocno, jak i narodowej. A wszystko to robią z dużą dawką humoru.

Należą oni do narodów bardzo gościnnych i bardzo głośnych. Stoły podczas biesiad uginają się od jedzenia, a parkiety od tańca. Mieszkańcy tego kraju uwielbiają jeść, dlatego kuchnia jest tak urozmaicona (wpływy greckie, brytyjskie i tureckie). Wchodząc do restauracji z gronem najbliższych (często nie mniej niż ośmiu osób) wołają o cypryjskie wino i meze, które jest najlepszym sposobem na spróbowanie lokalnej kuchni. Polak z Cypryjczykiem dogadałaby się z pewnością w kwestii biesiadowania. Meze symbolizuje również całość cypryjskiej kultury – jest różnorodne, smaczne choć nie zawsze ładnie podane.

Policjant na ratunek Polce…

Niektórym obiecałam historię łapania stopa na cypryjskiej autostradzie, ale ona potrzebuje odpowiedniego wstępu, a skoro już mowa o drogach i środkach lokomocji to…

Pierwsze dni były dla mnie jak życie na innej planecie: jakoś tak ciepło, jasno, radośnie, dziwny alfabet i obce twarze. Jednego dnia – pełna zima, przyspieszona sesja, brak czasu i bieg w skarpetkach do samolotu. Drugiego dnia – pożegnanie się z zegarkiem, 15 C, ostre słońce i tydzień do rozpoczęcia semestru. Przez takie zmiany można stracić głowę, można ją też stracić z zupełnie innego powodu, ale tym razem motyw był banalny.

Nie chciałam wędrować z mapą i czuć się jak turysta albo kobieta z szowinistycznych dowcipów. Spotkanie z oficerem ds. studentów zagranicznych i ze studentami z Harvardu miało odbyć się przy zamku. Jest tylko jeden zamek w mieście, wokół cała strefa archeologiczna. Któż mógłby nie odnaleźć tak charakterystycznego miejsca? O uwierzcie, ktoś na pewno. Przed wyjściem wpatrywałam się w mapę równe 10 minut wmawiając sobie, że mam pamięć fotograficzną. Nie miałam. Byłam przekonana, że mam znakomite wyczucie czasu, takie kobiece – nie wypada być przed umówioną godzinną, a surowa punktualność może podlegać dyskusji. To tak jak z najlepszymi rockowymi koncertami, trzeba je wyczekać, ale na tyle, by się nie znudzić. W końcu po zagubieniu się w małych uliczkach, postanowiłam pójść na skróty. I to kolejna cecha, która w moim przypadku nie leży w szufladce z napisem: zalety. Pewnego dnia poprowadziłam koleżankę skrótem z plaży do centrum miasta. Przecież skoro przeszłyśmy na około to wystarczy w linii prostej przeciąć dany obszar. Nie wystarczyło. Po 15 minutach znalazłyśmy się na tyłach hotelu, a schodząc musiałyśmy wybrać zewnętrzne schody pożarowe, bo nie było innej możliwości. I tak w kapeluszach i sukienkach schodziłyśmy drabinką z hotelowego budynku niby turystki, niby szpiedzy, do tego jeszcze byłam w stanie zrobić zdjęcia. Efkolos, jak mawiają Cypryjczycy.  A jak się tam znalazłyśmy? Właśnie skrótem.

W końcu, zagubiona w drodze do zamku, wyjęłam mapę. A wtedy usłyszałam głos:

Maybe do you need any help? – zabrzmiał nieznajomy

Yes please, do you know how to get to the castel?

Wystarczyłaby krótka odpowiedź, ale byli to Cypryjczycy, a więc na pytanie odpowiedzieli pytaniem, z jakiego kraju pochodzę. Potem tylko chcieli wiedzieć, jak bardzo jest u nas zimno i czy mówię po rosyjsku. Zegar tykał. Zapytałam raz jeszcze o drogę. Odpowiedział, że ułatwi mi przybycie na spotkanie swoim motorem. Moje spojrzenie na pewno nie wyrażało radości, chyba nawet nie było to zdumienie. Ładnie podziękowałam i już odchodziłam, gdy szybko rzucił: ale jestem policjantem. Tylko się zaśmiałam, chyba zrozumiał cichą ironię, skoro się wylegitymował. Pan policjant Michalis. Dobrze. I do tego nie wyglądał jak Renegat. Poza tym jego motor miał niezwykły kolor – niczym soczysta czereśnia i spieszyłam się na spotkanie. Teraz można wyliczać mnóstwo argumentów, ale słońce, inna planeta i dziwny alfabet zawróciły mi w głowie. Po chwili byliśmy na miejscu, a zamiast debaty na temat polityczno-społecznych międzynarodowych stosunków, mieliśmy tę o międzynarodowym bezpieczeństwie, a raczej międzynarodowych dowcipach o policjantach, podczas której cieszyłam się z faktu, że nie jestem blondynką. Wtedy mogłabym zupełnie inaczej spojrzeć na tę historię.

Bilet z niespodzianką

Moje drogi na Cyprze prowadzą przez skały, morze, góry, polanki, jedną rzekę i oczywiście ulice. Na cypryjski miejski autobus można czekać wieki, ale często, gdy się pojawi to bliźniaczo. Albo masz człowieku szczęście i przyjedzie wtedy, kiedy zjawisz się na przystanku, albo urodziłeś się w czepku i po godzinnym oczekiwaniu przyjeżdżają dwa. Sytuacja się zmienia po pod koniec lutego, tak jak gdyby kierowcy na karnawałowym spotkaniu z burmistrzem dostawali nowy kalendarz – turystyczny. Żaden Cypryjczyk przecież autobusem nie jeździ. A i żeby nikt się nie pomylił to nowy rozkład dotyczy tylko kierowców, więc turyści nie maja sposobności się z nim zapoznać. Skoro i tak autobusy nigdy nie przyjeżdżają na czas, to łatwiej jest na przystankach nie wywieszać rozkładu jazdy. To jest czysto logiczne rozwiązanie: nikt się nie denerwuje, nikt nie jest rozczarowany i kierowcy też się nie obrywa. Bez tabelek w życiu jest lżej. Cierpliwy pasażer ma zapewnioną podróż w niebieskim wehikule numeru 30, który zamiast zabrać nas w inna czasoprzestrzeń, zabiera w inny klimat, dosłownie bardziej arktyczny.

Uproszczenie cypryjskiego życia nigdy nie wiąże się ze skróceniem czasu, częściej jest wręcz odwrotnie, tutaj czas nie istnieje, bo jego rozciągłość jest niemierzalna. Słońce wschodzi wraz z pierwszymi spacerowiczami. Kawę pije się godzinami, a o północy można zobaczyć fanów tutejszych naleśników siedzących na plaży i wpatrujących się w księżyc. Ta czasowa rozciągłość to codzienna ślizgawka ułatwień: autobusowe bilety zawsze kupuje się u kierowcy, wsiada się pierwszymi drzwiami, wysiada drugimi, a trzecich nie ma.  Nie ma cyfrowej pani, która informuje nas gdzie będzie następny przystanek, bo, po co jej istnienie? Kierowca wychyla swoja głowę, ciągnie w górę szyję niczym żyrafa sięgająca po najlepszy owoc, otwiera usta i na modłę targowiskowych pań krzyczy: Old Port albo You, In blue… yes you you it is your station. Nikt nie może się sprzeciwić, bo kierowca nigdy się nie myli, w końcu to on trzyma stery. Wysiadasz i już.

Pewnego mniej słonecznego dnia wsiadłam do niebieskiej 30 nie z powodów obserwacji, czy chęci przebywania w przygodnej grupie przypadkowych narodowości. Przyczyna była prosta – pusta lodówka. Jechałam z moimi odwiecznymi supermarketowymi kompanami, śmiejąc się i opowiadając historie, jednak zwykłe zboczenie z trasy powaliło nasze opowieści, uciszyło śmiech i zaliczyło jeden z moich pierwszych cypryjskich absurdów. Kierowca autobusu, mając wielu pasażerów w środku zajechał na stancję benzynową, po chwili wysiadł, zatankował, zapłacił, wrócił z soczkiem oraz batonikiem, zapiął pas i ruszył dalej.

Amerykańskie Kiss Party po cypryjsku

Dzwoni telefon. Otwieram jedno oko i spoglądam na wyświetlacz: Pauley is calling.

Hi Pauley

Listen Aga, today we have to figure out something because it’s day of… – przerwało.

Oddzwaniam. Cisza. Pewnie rozładował jej się telefon. Ale jeśli dzisiaj Cypr coś świętuje, to oznacza, że nie mam ani zajęć ani dyżuru w biurze. Cypryjczycy uwielbiają świętować, któż nie lubi. A to zielony poniedziałek, a to jakaś ważna piątkowa data, o której nikt nic nie wie. Lecz dzisiaj? Hmn… dzwonię do Alessandry (Włoszka), ona o bieżących sprawach wie wszystko.

Hi Ale, do we have a day off?

No, should we?

Pauley told me about a celebration, so may I skip uni?

I know nothing about it…

It’s really odd though you do know everything and Pauley’s phone is dead

I’ll ask Kara (Niemka), she knows for sure

Zaczynam planować cel podróży, bo skoro mamy wolny dzień to wszyscy możemy pojechać nad skały Afrodyty, przynajmniej zrobić piknik przy starożytnych ruinach, albo bulwersować Cyrpyjczyków opalaniem się w lutym. Dzwoni telefon:

Hi, somebody said we don’t have class today

Hi Mo (Egipcjanin), Pauely, but nobody’s sure… – odpowiadam.

I’m checking it

W między czasie pojawia się moja współlokatorka Melissa (Francuzka) zdaję jej relację z telefonicznego poranka, wystarczyło tylko słowo day off, a w nią jakby piorun strzelił. Karze mi głośnio mówić, o co chodzi, a w tym samym czasie pakuje plecak i aparat w biegu pytając mnie, czy na drogę wolę kanapkę z pitą, czy chlebem. Kolejny telefon:

We have classes, but they were talking about Valentine’s day – informuje Mo.

Valentine’s day?! Oh, it’s 14… but could Pauley call just for saying let’s celebrate Valentine’s day?

That’s odd…

Jako przyszły dziennikarz, zaczynam potwierdzać swoje źródło informacji. Dzwonię do Rafy (Brazylijczyk) w jego kraju ciągle się bawią, tańczą i śpiewają, więc jeżeli ktoś jest odpowiedzialny za let’s do it to właśnie on.

Ola, bom dia, tudo bem? – i na tym skończył się mój zasób portugalskich słów. – Is it possibile Pauley’s organising Valentine’s day?

Czeszcz, dobra, dobra – próbuje zaimponować Rafa. – Today?! , the day is in June

In June? Are you well, today is valentine’s day

Oh, I forgot I’m in Europe

Cypr, no tak, nawet ja często zapominam, że wciąż jestem w Europie. Dzwoni dzwonek do drzwi. Z szerokim uśmiechem na twarzy i czekoladami w dłoniach wita mnie przyczyna całego zamieszania. Szybko wyjaśnia, że mówiła o walentynkach, bo to ważny dzień szczęścia, miłości i zabawy. Nawet, gdyby mówiła biegle po rosyjsku, każdy wyczułby ten amerykański walentynkowy optymizm. Pauley powiedziała tylko, że musi biec kupić truskawki, każdy ma nałożyć coś różowego i zrobić coś, już niekoniecznie różowego, do jedzenia. Romantyczne filmy wybrane, akademikowa sala kinowa zarezerwowana, smakołyki w lodówce i potwierdzenia przyjścia na imprezę pt. Kiss Party z jedną zasadą: 1 kiss 1 sangria.

Great Valentine’s day – rzuciła

Nieważne z kim, nieważne w jakim języku i nieważne gdzie, ale bawcie się szałowo!

Spektakl cypryjskiej rozkoszy

Cypryjskie jedzenie nawet nie należy do tutejszej kultury ono nią jest. A jak to kultura, tak i cypryjska strawa ma wiele elementów. Po pierwsze ludzie, po drugie ilość, po trzecie bezczas, po czwarte miejsce, po piąte rozkosz. A zatem… Zawsze je się w dużym gronie znajomych, szczególnie kolacje. W pracy jedni czekają na drugich, by razem pójść, razem zjeść i niekoniecznie razem wrócić do pracy. A Cypryjka przygotowująca jedzenie w domu, to nadzwyczajna kucharka, która nawet w ciągu zaganianego dnia znajdzie czas i spokój, by dokładnie przygotować jedzenie, choć może i sama – nakrywa stół i wkłada bukiet kwiatów do flakonu. Oni uwielbiają się delektować, biesiadować, tańczyć, śpiewać i jeść.

Najpopularniejszym daniem jest meze, a więc wiele talerzy różnych przysmaków. Meze jest synonimem uczty, choć to skrót od mezedhes, oznaczających smakołyki. Są to małe porcyjki wszystkiego, co serwuje danego dnia miejscowa tawerna. Uczestniczenie w takim posiłku jest niczym przedstawienie. Prologos, czyli wybór miejsca, parodos zapowiada wielką ucztę i pobudza nasze zmysły, nareszcie czas na epejsodion – najciekawszą, a w tym spektaklu najsmaczniejszą części całego teatru. Pani, bądź pan w pierwszym akcie serwują gorący chleb pitta i dzban wina. Kolejna scena wygląda niezwykle kolorowo: zielone i czarne oliwki, różowy sos rybny taramosalata (na bazie ikry z dorsza, ziemniakami pure, cytryną i oliwą), nieco spokojniejszy kolor sezamowego tahini i biel greckiego tzatziki. Następnie czas na antrakt, w którym zachwyt bardziej okazujemy mimiką i pojękiwaniem, w tym momencie usta służą do czegoś innego. Pierwszy stasimon musiałyśmy wyrazić ciszą. Świeże dania i oczekiwanie na kolejną odsłonę rozgrywającego się spektaklu wybrzmiewały lepiej poprzez bezgłos. I wtedy przyszedł nasz aktor prezentując wątki drugiego aktu.

Tym razem został poruszony zmysł zapachu: na początku była mięta, kumin w parze z pietruszką, a na końcu wyczułyśmy i zobaczyłyśmy nasiona kolendry. Chwilę później pojawiła się lountza, jednogarnkowe kleftiko z duszonej jagnięciny w towarzystwie papryki, cukinii i sałaty. Drugi stasimon był pełen zachwytu, który już byłyśmy w stanie wyrazić werbalnie, dodatkowo lokalne wino i grajkowie wprawiali nas w taneczny nastrój. Całe przedstawienie trwało już dwie godziny, a wciąż nie było końca. Na stole pojawiły się jeszcze loukaniko, czyli wieprzowe kiełbaski i szaszłyki z grillowanego mięsa. Na exodos razem z krótką pogawędką dostałyśmy pomarańcze z zielonymi listkami prosto z ogródka gospodarza tawerny.

Podczas cypryjskiej uczty nie ma czegoś takiego jak biegnący czas, co najwyżej on płynie, a nawet pełza. Gwar, ruch i muzyka, często grana na żywo, to naturalne, a zarazem nadzwyczajne elementy wieczornej cypryjskiej kolacji. Nikt się nie spieszy, a stolik jest zajęty godzinami, też ze względu na ogrom przysmaków. Rozkosz jednak nie polega nawet na smakowaniu kolejnych dań, mimo tej niesamowitości i świętości czasu kosztowania odbywa się to naturalnie i oczywiście długo, a rozkosz wypływa niczym woda ze źródła właśnie z połączenia tych wszystkich elementów. Po pewnym czasie restauracja wydaje się wypełniona jedną wielką rodziną, do której należy nawet zespół. Po zasadniczym zaspokojeniu tęsknoty smaku, pierwsi śmiałkowie pojawiali się na parkiecie, by tańczyć zorbę. Oczywiście dołączyłam do nich, wykorzystując praktyczną wiedzę tanecznych zajęć i już po kilku minutach znałam imiona moich sąsiadów zorby, a po kilkunastu przy wspólnym stole maczaliśmy pitę w greckim sosie.

Bardziej niż pomocna dłoń

Wzburzone fale morza, urocza plaża, zapach pity i tzatziki, słodkie cypryjskie wino oraz małe grono Francuzów. Każdy po pewnym czasie może zapomnieć nawet jak się nazywa. Chwilowa amnezja obejmuje cały wachlarz ludzkich umiejętności – od języka (w tym ojczystego) po wszelkiego rodzaju drobiazgi, jak chociażby telefon. Jednak jako bardziej doświadczona mieszkanka Cypru musiałam prezentować choćby minimalną wiedzę, tym bardziej, że byłam w ostrzale pytań przyszłej współlokatorki. Wydaje się to śmieszne, ale z zasady nie czytam stosu przewodników ani nie przeglądam atlasów przed wyjazdem. Sprawdzam tylko, czy polskie słowo szukaj to nie przypadkiem szukaj po czesku. Zwyczajnie lubię błądzić, a potem przechodzić te same ścieżki z przewodnikiem i mapą.

Zręcznie pożegnałam się z odnogą międzynarodowej eskapady i ruszyłam do pozostałych wycieczkowiczów. Odwiedzaliśmy Agia Napę – piękną, zatłoczoną mieścinkę z cudownymi piaszczystymi plażami i wręcz przezroczystym morzem. Tak, cudne morze może i jest, ale w lecie… choć niektórym trzynaście stopni nie przeszkadzało zanurkować, a wcześniej skoczyć z dziewięciometrowej skały. Zanim znalazłam owego egipskiego bohatera dnia zorientowałam się, że nie mam telefonu. Wróciłam taką samą trasą do moich francuskich znajomych, a był to: most, kamienista plaża i łazienka w małej restauracyjce. Zajrzałam prawie pod każdy kamyk, chodziłam tym samym kursem sześć razy, za każdym razem wchodząc do tej samej łazienki, nawet pytałam kelnerów o czarną Nokię. Siódme podejście zostało wstrzymane. Pan w restauracji zatrzymał mnie przed wejściem do łazienki i zapytał jak się nazywam, z przerażeniem odpowiedziałam równocześnie zastanawiając się, czy poprosi o pieniądze za użytą wodę, czy może za papier, no i jak mu wytłumaczyć, że łazienkę to praktycznie tylko… oglądałam. Zaprowadził mnie za bar, potem do pomieszczenia kierownika i powiedział: Tutaj mamy apteczkę, jeśli ma pani problem z żołądkiem proszę przeczytać ulotkę, to lekarstwo pomoże, zaraz przyniosę wodę.

P.S. Telefon przyniosła moja przyszła, a już dziś – teraźniejsza zagraniczna przyjaciółka.

%d blogerów lubi to: