Prima via ardua est, czyli rzecz o początkach

Początki zawsze są trudne. Nic odkrywczego, a jakże prawdziwego. Choć z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że w moim przypadku to zakończenia okazują się najtrudniejsze, ale o tym później. Mój pierwszy dzień na Cyprze, a raczej noc, była co najmniej zaskakująca. Kolejny wyjazd tylko przypieczętował tradycję zdradliwych międzynarodowych pierwszych nocy.

Wysiadając z samolotu poczułam południowy klimat i zapach ryb. Do morza wcale nie było tak blisko, a restauracje serwowały typowo europejskie dania, jednak tego specyficznego zapachu nigdy nie zapomnę. Zamykając oczy widziałam stare kutry rybackie i mnóstwo świeżych, jeszcze żywych ryb, ale gdy je otworzyłam czekał na mnie tylko bagaż z zepsutą rączką. Cztery godziny lotu poprzedzone kolejnymi czterema w praskiej poczekalni, a mimo tego nic nie mogło zepsuć mi nastroju – przecież to Cypr. Kraj, w którym styczeń rozbrzmiewa 13 stopniami ciepła, a ludzie i tak piją mrożoną kawę. Kraj, w którym wyeliminowano słowo spóźnienie, a na wszelkie sposoby odmienia się przyjemność.

Odebrałam 23 kilogramy polskiego życia i ruszyłam ku drzwiom egzotycznego świata. Już z daleka przeczytałam przekręcone imię trzymane przez uniwersyteckiego taksówkarza, ale o trzeciej nad ranem każdemu trzymającemu kartkę z nakreślonym imieniem mogłabym wmówić, że czeka właśnie na mnie. Wszystko grało jak w najlepszej orkiestrze. Kierowca najwidoczniej przejął się moją nieznajomością topografii wyspy i postanowił po drodze pokazać ładne widoki. Trudno było mi odróżnić czarny pas wody od czarnego pasa jezdni, ale wierzyłam mu na słowo. Wreszcie podjechaliśmy do mieszkania numeru 52, widząc złote cyferki i klamkę z radością wybiegłam z samochodu i przez dłuższą chwilę zapomniałam o świecie, a na pewno o tym, jak się oddycha. Właśnie wtedy taksówkarz stwierdził, że tutaj na pewno nie będę spać, bo… klucze nie pasują. Ale jak to? Normalnie – odpowiedział. Nie pasują i koniec. Właścicielka mieszka w innym mieście, daleko stąd. Widocznie na uczelni dali inne klucze. Ale mam koczować, znowu? Taksówkarz uśmiechnął się przyjaźnie – tak wypadałoby napisać, ale ja wciąż pamiętam wyraz bardziej złowieszczy, i zaproponował nocleg w swoim domu. Zadzwonił do żony i po chwili powiedział: załatwione. Wciąż stałam i nie pamiętam, żebym oddychała, ale kiwając głową popatrzyłam na zaspaną koleżankę, szybko konstruując w myślach chwyty obronne. Byłyśmy dwie na jednego i dodatkowo moja znajomość samoobrony, już nie wspomnę o umiejętności natychmiastowego wybierania 112.

Podejrzliwość okazała się niepotrzebna, nawet mimo noclegowania na dachu domu zaraz obok służby. Pokój prawdopodobnie zbudowany z niezwykle grubej tektury, służył nieznanym mi celom, choć przekonywałam siebie, że w wakacje liczba służby pewnie wzrasta. Wtedy jednak obawiałam się tylko, czy zamykając oczy rzęsy nie przymarzną do siebie, bo choć w dzień może i było 13 stopni, to noc w niby letnim, nieogrzewanym pokoju i 8 stopniach na dworze mogła cudownie zamienić mokre włosy w zamarznięte. Przynajmniej z takim wyobrażeniem zasypiałam.

Rano przywitało nas śniadanie, ciepłe słońce i bardziej realny początek cypryjskiej przygody.

Początki są trudne, nikt temu nie zaprzeczy, proszę zatem o wyrozumiałość pierwszego blogowania, bo w końcu od czegoś trzeba zacząć…

Reklamy
%d blogerów lubi to: